Sunday, August 20, 2017

Niedzielne czytanie - sąd rodzinny

Wysoki Sądzie - sprawa prawa opieki nad dziećmi...

Małżeństwo zostało zaaranżowane przez rodziców bez pytania młodych o zdanie. Zaaranżowane, nie wymuszone, obie strony to podkreślały. Obecnie żyją w separacji.
Rozpad małżeństwa rozpoczął się wiele lat temu. Po urodzeniu 2 córek matka nie mogła już zajść w ciążę. 
Ojciec był nastawiony na dużą rodzinę więc małżeństwo zaczęło się rozpadać. Matka zdobyła kwalifikacje nauczycielki, podjęła pracę. To było całkowicie niezgodne z tradycją. Przeznaczeniem kobiet było zajęcie się dziećmi, im więcej tym lepiej, i domem. Mężczyźni również nie otrzymywali gruntownego wykształcenia. W wieku kilkunastu lat koncentrowali się na studiowaniu świętych ksiąg. Z tego powodu rodziny żyły skromnie.
Chłopcy i dziewczęta uczęszczali do osobnych szkół, aby zachować czystość. Modne stroje, telewizja i internet były zakazane, podobnie jak kontakty z dziećmi, które doświadczają tego rodzaju rozpraszania uwagi. Nie wolno odwiedzać domów, które nie przestrzegają ściśle zasad przygotowania posiłków.
Od czasu separacji matka przeniosła córki do szkoły koedukacyjnej, postanowiła że córki podejmą naukę na wyższych uczelniach, zadeklarowała, że chce żeby jej córki były tolerancyjne, miały mozliwości kariery zawodowej, były ekonomicznie niezależne.
Mąż oskarża żonę o niezdolność oddzielenia jej własnych pragnień od rzeczywistych potrzeb córek. Żona chce wyrwać córki z ciepłego, bezpiecznego środowiska. Zdyscyplinowanego, lecz pełnego miłości, którego zasady sprawdzały się w każdych okolicznościach i w każdym kryzysie, którego metody sprawdziły się w wielu kolejnych generacjach i którego członkowie są ogólnie szczęśliwsi niż ludzie żyjący w świecie podporządkowanym konsumpcji, świecie, który szydzi z religijności, którego kultura poniża kobiety.

Ian McEwan - The Children Act

I co na to angielski sąd?

Saturday, August 19, 2017

Bardzo krótkie szczęśliwe życie

Kilka dni temu byłem na spotkaniu kółka czytelniczego w lokalnej bibliotece. Jedna z uczestniczek oznajmiła, że kilka dni wcześniej została babcią.
Po gratulacjach przyszedł czas na szczegóły. Okazało się, że jej córka urodziła bliźniaków, ale już kilka tygodni przed porodem lekarze powiadomili ją, że jeden z chłopców ma poważne wady ogranizmu i nie będzie zdolny do życia poza ciałem matki.
Urodził się - zwiastun - Gabriel Tomasz. Matka ucałowała go, założyła mu ubranko, utuliła i za kilka minut umarł.
Za niecałą godzinę urodził się drugi chłopiec - Jan Tomasz.

Wersja angielska TUTAJ.

Thursday, August 17, 2017

Kobiety Wietnamu

Od pobytu w Wietnami minęło ponad pół roku, ale pamięć trwa.
Na przykład tamtejsze kobiety...


Proszę kliknąć w obrazek aby przeczytać więcej.

Tuesday, August 15, 2017

Poczucie obowiązku

Na początku maja na naszej ulicy...
Wyszedłem wcześnie rano spiesząc do pracy u św Wincentego i zauważyłem coś dziwnego w pobliskim domu. Mieszka tam od niedawna młode małżeństwo pochodzenia chińskiego. Dwójka dzieci dobijała się do stojącego na ich terenie samochodu, słychać było warczenie silnika.
- Potrzebujecie jakiejś pomocy? - zapytałem.
Dzieci zignorowały moją obecność i nadal dobijały się i próbowały wyrwać wąż do podlewania ogrodu, który tkwił w wąskiej szparze między szybą a ramą drzwi.
- Co tam robi ten wąż? - zdziwiłem się i przyszło mi do głowy, że może w samochodzie zatrzasnęli jakąś roślinę i chcą ją podlać, albo może pieska. Słowo honoru, tak właśnie pomyślałem.
W tym momencie z domu wybiegła matka, jeszcze w koszuli nocnej. Szarpnęła za klamkę drzwi, ale najwyraźniej były zatrzaśnięte więc pobiegła spowrotem do domu. Dopiero wtedy zauważyłem, że drugi koniec węża tkwił w rurze wydechowej i zrozumiałem. Matka znowu wybiegła z domu, tym razem z kluczem, otworzyła drzwi samochodu, zgasiła silnik. Zauważyłem, że w samochodzie znajdował się młody mężczyzna, zapewne ojciec rodziny.
- Czy zawołać pogotowie? - zapytałem.
- Nie, ja już zawołałam - odpowiedziała matka.
Stałem bezradnie nie wiedząc co począć. W tym momencie z innego domu wybiegła młoda kobieta. Powiedziałem jej co się dzieje. Podeszliśmy razem do miejsca akcji.
- Czy zawołać pogotowie? - spytała kobieta. Matka dzieci nie zwracała na nas uwagi, wydawała dzieciom jakieś polecenia.
- Ta pani mówiła, że już wezwała pogotowie - wyjaśniłem.
W tym momencie z domu wybiegła chyba babcia dzieci z torbami szkolnymi. Z mundurków szkolnych wynikało, że dzieci chodzą do dobrych (czytaj drogich) szkół. Matka przepychała siedzącego w samochodzie mężczyznę na siedzenie pasażera.
- Zawiozę go do szpitala - to było wyjaśnienie dla nas.
W tym momencie uznałem, że moja obecność nie jest potrzebna, co conajwyżej jest krępująca, więc odszedłem.
Dopiero dzisiaj spotkałem tę sąsiadkę, drugiego świadka wydarzenia.
Ona jednak zadzwoniła po pogotowie i jeszcze przytuliła te dzieci, ale za chwilę matka wezwała je do samochodu, bo pora do szkoły. Sąsiadka odwołała pogotowie a wieczorem matka dzieci zapukała do jej drzwi z podziękowaniem. Przy okazji dodała, że jej mąż szybko doszedł do siebie i jeszcze tego samego dnia poleciał do Malezji gdyż następnego dnia zaczynał tam pracę.

Sunday, August 13, 2017

Niedzielne czytanie - spotkanie duchów

Tydzień temu zacytowałem małowartościowy fragment książki The Refugees wietnamskiego pisarza Viet Thanh Nguyen. Jest w tej książce nieco więcej.
W pierwszym opowiadaniu zawartym w książce  główną postacią jest ghostwriter - pisarz a wynajmowany do napisania autobiografii jakiejś słynnej osoby. Jak nazywa się taka osoba po polsku? Pisarz widmo?
Tym pisarzem widmo jest kobieta. Zyskuje ona sobie dobrą renomę, agenci zabiegają o jej usługi, ona jednak, przegladając napisane przez siebie cudze książki, szuka w nich choćby śladu swojego nazwiska.
Jej matka ma zupełnie inne podejście: dzięki bogu nigdzie nie ma twojego nazwiska - mówi. - Powiem ci coś - w naszym kraju (Wietnamie) był reporter, który napisał, że władze torturują ludzi w obozach. No i co? Rząd umieścił go w takim właśnie obozie, żeby sie przekonał. Tak dzieje się z ludźmi, którzy podpisują swoje relacje.

Od pewnego czasu ich dom odwiedza duch jej brata, który zginął podczas przeprawy przez morze. Informuje ją o tych wizytach matka, która czuje się bardzo swojsko w świecie duchów; duchy nie są podobne do nas, każdy jest inny. Dobre duchy, złe duchy, szczęśliwe duchy, smutne duchy. Duchy ludzi, którzy zmarli gdy byli starzy i takich, który zmarli w młodym wieku, jako dzieci. Czy myślisz, że duch dziecka będzie się zachowywał w taki sam sposób jak duch dziadka?

Po pewnym czasie bohaterka opowiadania, pisarka widmo, spotyka ducha swojego brata. Siedzi w fotelu, w ubraniu które poprzedniego dnia przygotowała dla niego matka.
- Dlaczego wróciłeś? - pyta bohaterka opowiadania.
- Nie wróciłem.
- Nie opuściłeś tego świata? Skinął potakująco głową.
- Dlaczego nie?
- Jak myślisz? Odróciłam wzrok.
- Próbowałam zapomnieć.
- Ale nie zapomniałaś.
......
- Powiedz mi, dlaczego ty umarłeś a ja żyję?
Popatrzył na mnie oczami, które nigdy nie wyschną, nie ważne jak długo bedą otwarte. Matka nie miała racji mówiąc, że nic sie nie zmienił. Zmienił się, te oczy były konserwowane tak długo w solance, że pozostaną na zawsze otwarte.
- Ty też umarłaś - powiedział - tylko o tym nie wiesz.

Friday, August 11, 2017

Nowy wymiar bohaterstwa

Któryś z moich facebookowych przyjaciół uznał za konieczne podzielenie się ze światem poniższą informacją



Na zdjęciu Agnieszka Holland stoi przed barierami mającymi ochraniać miesięczników smoleńskich.

Komentarz facebookowca: bohaterka... jedna przeciwko kohorcie zdziczałych policjantów.

Zastanawiam się w jaki sposób całe kohorty policjantów zdziczały w WOLNYM kraju.

No i w jaki sposób tyle osób postradało zmysły?


Tuesday, August 8, 2017

Doświadczenie emeryta

Gdy byłem młody i zdrowy i szczęśliwy, jeszcze w czasach PRL, opowiadano taki dowcip:
Jak spędzają czas emeryci w różnych krajach?
Anglik - wstaje rano, bierze butelkę whisky i spędza cały dzień z przyjacielem.
Francuz - wstaje rano, bierze butelke koniaku i spędza cały dzień z dawną kochanką.
Polak - wstaje rano, bierze butelkę moczu i spędza cały dzień w przychodni rejonowej.

Wczoraj był zimny i ponury dzień. Prawidłowo, środek zimy, ale ta australijska zima w Melbourne jakaś taka zimniejsza i bardziej dokuczliwa niż te Polskie.
Wstałem rano, wziąłem kartę ubezpieczenia zdrowotnego i udałem się do przychodni.
Mijałem kilka szkół. Dzieci w mundurkach, niektóre z gołymi nogami. Ograniczenie prędkości do 40 km/godz. Porządkowi w odblaskowych płaszczach zatrzymują samochody ilekroć na przejściu zgomadzi się kilkoro dzieci.



Przychodni rejonowych u nas nie ma, ja korzystam z usług takiej, która stosuje "bulk billing" czyli zadowala się tym co płaci państwowy fundusz zdrowia Medicare.
Na marginesie wspomnę, że zdecydowana większość lekarzy w tej przychodni to młodzi ludzie pochodzenia chińskiego.
Najpierw odwiedziłem lekarza domowego. Cel był banalny - wypisanie recept na leki, które biorę regularnie. Nawet nie zapisałem się do mojego stałego lekarza gdyż wizyta nie wymagała żadnego badania czy konsultacji.
Dlatego zdziwiłem się gdy lekarka spytała dlaczego biorę te właśnie leki. Gdy dowiedziała się, że mam problemy z pracą serca ożywiła się i zapytała czy nie chciałbym odwiedzić fizjoterapeuty.
Zdumiałem się - jasnowidz! Rzeczywiście wieczorem zaplanowana był wizyta u fizjoterapeuty
Lekarka widząc moją kosternację wyjaśniła:
- Państwowy fundusz zdrowia pokrywa niektóre zabiegi w przypadku osób z problemami serca. Fizjoterapeuta ma gabinet w tamtym korytarzu - wskazała kierunek ręką.
Widząc, że nie pojmuję o co chodzi spróbowała z innej strony.
- A może chcesz odwiedzić podiatrę? To też nic nie kosztuje. Sprawdzi ci stopy, może doradzi jakieś wkładki do butów?
No tak, teraz się nie dziwię, że fundusz zdrowia nie może związac konca z końcem.
Podziękowałem i skierowałem kroki do ambulatorium, na okresowe badanie krwi. Pielęgniarka poprosiła mnie do gabinetu gdzie siedziała jakaś młoda pani, chyba jej koleżanka. Obie z pochodzenia Hinduski.
Szykowała iglę, strzykawkę, a koleżanka zagadywała ją o kolory - zielony, szmaragdowy, może brązowy?
- Rozmawiamy o materiale na sari - wyjaśniła.
- Czy podoba ci się sari? - to było pytanie do mnie. Znowu zaskoczenie.
- Ech, tego, owszem, dodaje majestatu - bąkałem.
- No i ten goły brzuch - spojrzała na mnie badawczo.
- Zależy u kogo - odciąłem się.

Za kilka minut byłem na parkingu. Spojrzałem na zegarek. Minęło 20 minut. Pogoda nie zmieniła się. Dzieci nadal szły do szkół, ograniczenie prędkości, porządkowi z kamizelkach. A przede mną cały dzień.
Przypomniał mi się ten stary dowcip.
Może ta lekarka miała rację? Może lepiej było zostać na badanie stóp, odwiedzić fizjoterapeutę, porozmawiać o modelach i kolorach sari?
Jednak w tej PRL pomyśleli o wszystkim.