Sunday, July 16, 2017

Niedzielne czytanie - Łacina

Tydzień temu poszedłem na mszę w starym, łacińskim, obrządku.
Tylko jeden kościół w Melbourne oferuje taką możliwość - kościół św Alojzego - KLIK.


Za kościołem grota (Lourdes?) z Matką Boską.


Wewnątrz niektóre panie, nie wszystkie,  okrywają głowy.


Ta wizyta to oczywiście powrót do wspomnień.

Jednak tu było nieco inaczej.
Przypomnę, że w obrządku łacińskim są dwie rodzaje mszy - zwykła i suma (low Mass, High Mass) - ta druga jest śpiewana i bardziej ceremonialna. Oczywiście poszedłem na tę "wyższą" - sumę.
Mszę odprawiało trzech księży w asyście 6 osób.
Zaczęło się od procesji i okadzaniu ołtarza z wszystkich stron. Następnie zaczęła się normalna liturgia i wydała mi się nienormalna.
Celebrant stał w środku, oczywiście twarzą do ołtarza, tyłem do wiernych, a dwaj asystujący księża stali po bokach i trzymali poły jego szat. Ponieważ kościół był wąski robili wrażenie jakiejś grupy spiskowców, którzy zasłaniają się tymi szatami i coś tam mruczą, spiskują, odprawiają jakieś czary-mary.
Jestem przekonany, że wiele, wiele lat temu w Polsce wierni mieli większe udział w mszy.
Ewangelia została odczytana tylko po łacinie. Za moich młodych lat odczytywano ją również po polsku.

Tylko kazanie było po angielsku i słuchając go nie mogłem oprzeć się uczuciu, że moje pierwsze wrażenie - spisek - było słuszne.
Proboszcz parafii - ksiądz Glen Tattersalls - otwarcie zaatakował wszelkie reformy wprowadzane przez papieża Franciszka. Wydaje mi się, że użył sformułowania: od 4 lat (pontyfikat obecnego papieża) Kościół jest ofiarą przestępstwa.
Poprosiłem go emailem o tekst kazania, obiecał że mi je przekaże w najbliższych dniach, to sprawdzę.

Konkluzja - smutno mi, że moje wspomnienie z dzieciństwa nie potwierdziło się.
Nie pierwszy raz - najwyraźniej pamięć stwarza jakąś warstwę ochronną przez niedogodnościami rzeczywistości. Lepiej więc nie wystawiać jej na próbę.

Friday, July 14, 2017

Marsylianka

Dzisiaj święto narodowe Francji.



Pamiętam z bardzo dziecięcych lat jak matka śpiewała mi Marsyliankę. Po francusku.
To była ilustracja do opowieści o wojnach napoleońskich, do wiersza Artura Oppmana o księciu Józefie Poniatowskim.

Mój wnuk uczy się obecnie francuskiego w szkole. Jeszcze nie spotkałem przypadku żeby w szkole australijskiej ktoś nauczył się języka obcego.
Spytałem wnuka czy zna hymn francuski. Oczywiście nie zna. To według mnie tłumaczy tę nieudolność w uczeniu języków. Nas, w szkole w czasach PRL, uczono wielu wieszy i piosenek. Słowa i zwroty same wchodziły do głowy.
Inna sprawa, że nie uczono nas wierszy ani piosenek angielskich. Może słusznie, angielskie rymy nie są tak oczywiste. Piosenki w języku angielskim wtedy jeszcze nie opanowały świata - najpopularniejsza była Que sere sera.

Znalazłem więc Marsyliankę w google - o . Wnuk wysłuchał pierwszej zwrotki, melodia bardzo mu się podobała, na słowa nie zwrócił uwagi. Tymczasem słowa - nagranie wyświetla tekst po francusku i angielsku - zwróciłem uwagę na ten fragment:
"...Qu'un sang impur
Abreuve nos sillons!"
Sang impur - nieczysta krew! Toż to jakieś uprzedzenia rasowe.

Dosłowne tłumaczenie to:
"... niech nieczysta krew
 nawilży nasze pola
".

Polska wersja nieco to łagodzi "... by ziemię krwią napoić przyszedł czas".

Zastanowiłem się nad tym co napisałem powyżej: łagodzi.
Chyba jednak nie. Wersja francuska wyraźnie odnosi się do wrogów, którzy wkroczyli na francuską ziemię. Do najeźdźców. To było zgodne z faktami, utwór napisano w 1792 roku, w okresie wojny z I koalicją antyfrancuską.
Natomiast wersja polska - przyszedł czas by ziemię napoić krwią? Przecież to jest wyraźne napraszanie się żeby wróg przyszedł bo chcemy mu utoczyć trochę krwi. Rok 1792 - to rok II Rozbioru Polski. Od tego czasu wróg nawiedzał polskie ziemie dość często. Czyja krew nawilżała polskie ziemie to już osobna sprawa.

Pełen tekst - wersja angielska TUTAJ, wersja polska TUTAJ.

Wednesday, July 12, 2017

Widziane - czytane

Prawie miesiąc temu pisałem z entuzjazmem o filmie Zookeeper's Wife - KLIK.
Zwróciłem wtedy uwagę, że recenzje filmu były dość chłodne - nie pokazano całej grozy, pominięto istotne wątki.

Z treści komentarzy można było się domyślić, że komentatorzy przeczytali książkę przed obejrzeniem filmu.
Właśnie skończyłem czytać książkę i jestem bardzo zadowolony, że wcześniej obejrzałem film.

Autorka książki - Diane Ackerman - przeczytała pamiętniki żony dyrektora ZOO, Antoniny Żabińskiej, a następnie odwiedziła Polskę, spotkała wiele osób, które miały jakiś związek z warszawskim ZOO (między innym dzieci państwa Żabińskich) lub doświadczenia z czasów II Wojny Światowej, przejrzała wiele dokumentów. Wszystko to wykorzystała w swojej książce.
W rezultacie książka zawiera ogromną ilość informacji, niektóre z nich wcale nie wiążą się z historią ukrywania Żydów w warszawskim ZOO. Nie wszystko układa się w spoistą całość.
Przejrzałem recenzje książki - sporo osób narzeka, że gubią się w natłoku relacji i faktów. Ktoś określił książke jako "choppy" - jak wzburzone morze. Zgadza się, mocno trzęsie w czasie tej lektury.

Uważam, że reżyserka - Niki Caro z Nowej Zelandii - wykazała się doskonałym instynktem. Wybrała tylko jeden, najbardziej przemawiający do wyobrażni, wątek. Powstał zwarty w treści i wymowie film. To jest właściwa droga do serca i umysłu widza. Stwarza szansę, że kogoś zainteresuje ta tematyka, wtedy sięgnie po książkę lub do innych źródeł informacji o tych czasach i miejscach.

Książka podobnie jak film przedstawia Polskę i Polaków w bardzo pozytywnym świetle. To dla mnie ważne, gdyż poparta jest relacjami świadków, w większości Żydów.

Ostatnia uwaga - w filmie bardzo istotną rolę odgrywa dyrektor berlińskiego ZOO - Lutz Heck. Rolę demoniczną. Jak robi się źle, to pojawia się Lutz Heck i robi się jeszcze gorzej.
Tu twórcy filmu mocno pofantazjowali. Widocznie uznali, że publiczność wymaga tego rodzaju mocnych wrażeń.
W rzeczywistości rola  Lutza Hecka ograniczyła się tylko do rabunku zwierząt z warszawskiego ZOO. Autorka zauważa, że ta kradzież miała pewne dobre strony gdyż w ten sposób wiele zwierząt przeżyło bezpiecznie wojnę i po wojnie wróciło do Polski.

Zastanawiam się jakie są granice fantazji twórcy. Według mnie rodzina L. Hecka, jeśli takowa istnieje, miałaby podstawy wytoczyć twórcom filmu proces o zniesławienie przodka.

Sunday, July 9, 2017

Niedzielne czytanie - Kurs miłości

Tytuł książki Allaina de Botton - The Course of Love - można tłumaczyć na kilka sposobów.
Course - może oznaczać zarówno kurs szkoleniowy jak i ścieżkę. A również danie obiadowe.

Z poprzednio przeczytanych książek tego autora (Religion for the Atheists, How to talk more about sex) wiem że lubi udzielać porad o filozoficzno-psychologicznym charakterze. Jednak wszystkie jego książki posiadają żywą narrację, a więc jednak odbywamy z autorem drogę.

W przypadku The Course of Love jest ona bardzo wyraźna. Autor opisuje i komentuje losy dość przypadkowo dobranej pary: Rabih - Libańczyk z mieszanego małżeństwa, który osiedlił się w Szkocji. Kirsten - rodowita Szkotka, której ojciec opuścił rodzinny dom gdy miała 6 lat.

Ponieważ tematem jest miłość więc autor tropi wszelkie jej objawy.
Na wstępie zastrzega, że ma na myśli miłość romantyczną co według mnie jest istotnym ograniczeniem.

Istotą miłości romantycznej jest intuicja. Zauważamy kogoś, zwracamy uwagę na gest lub wyraz twarzy tej osoby. I nagle czujemy wyraźnie, że trafiliśmy na bratnią duszę, na osobę, któraby nas do końca zrozumiała i zaakceptowała.
Od tego zauważenia do spotkania i porozumienia się daleka droga. Wiele takich zauważeń nie ma szansy na ciąg dalszy, ile idea trwa. Wreszcie Rabih trafia na Kirsten - osobę o cechach, które obiecują skorygować jego słabości.  Zauważa również jej kruchość i obawy co dodaje pewności siebie - ona mnie też potrzebuje.

Związek rozwija się. Seks to przekroczenie kolejnego progu wzajemnego zaufania i akceptacji.

Propozycja małżeństwa. Autor słusznie zauważa, że w obecnych czasach, jeśli pominąć względy religijne, małżeństwo nie jest do niczego potrzebne. Dlaczego więc Rabih i Kirsten biorą ślub?
Odpowiedź autora: chęć popełnienia wspólnie szalonego czynu. Wejście na ścieżkę, na której, jeśli się nie uda, oboje zginiemy.
Muszę stwierdzić, że to dramatyczne stwierdzenie mocno mnie zaskoczyło.
Oboje zginą? W sensie romatycznej idei może tak, ale przecież wiele małżeństw rozpada się i obie strony potrafią sobie całkiem dobrze urządzić dalsze życie.
Osobiście brałem ślub w zupełnie innych czasach więc trudno mi coś powiedzieć na ten temat.
Na szczęście autor dyskretnie podpowiada - obawa samotności - a więc nie tylko miłość.

Życie razem. Niespodziewanie pojawiają się nieporozumienia, brak zgody, złość, rozczarowanie. A przecież romantyczna miłość to cudowne obopólne uczucie, że widzimy wszystko tak samo, że nie trzeba niczego uzgadniać, tłumaczyć.
Dąsanie się, zamknięcie się w sobie z własną złością - on/ona powinna sama zrozumieć.
Dziecięce poczucie konieczności bycia zrozumianym bez słów - wewnątrz jestem dzieckiem i w tej chwili potrzebuję  żebyś był(a) moim rodzicem.

Uwaga: fragmenty pisane kursywą to cytaty z książki. Jednak ich dobór to już mój kaprys.

Wierność seksualna. Tutaj autor powołuje się na tradycję religijną przejętą bezdyskusyjnie przez romantyczną miłość.
Jednak wpleciony w opowieść pozamałżeński incydent nie bardzo wpasowuje się w tę zasadę.

Powraca temat nieporozumień, gniew, obwinianie partnera/partnerki o nasze niepowodzenia - poczucie, że osoba której się powierzyliśmy jest odpowiedzialna za wszystko co się nam przytrafiło.
Niesłuszne oskarżenia są wyrazem tego zawierzenia, oddania się w zastaw. Stawiamy takie wymagania naszym partnerom gdyż mamy wiarę, że ktoś kto rozumie naszą ukrytą stronę jest w stanie załatwić wszystkie nasze problemy - jak rodzice dziecku.

Już dwa razy wpomniałem o relacji dziecko - rodzice, a więc pora żeby Rabih i Kirsten mieli własne dziecko.
Rodzicielstwo jest odkryciem, że romantyczna miłość jest tylko wąskim aspektem życia emocjonalnego, ukierunkowanym na znajdowanie miłości raczej niż jej dawanie. Dzieci mogą się okazać nauczycielami nowego rodzaju miłości, w której nie wymaga się wzajemności, a której celem jest wyjście poza siebie dla dobra kogoś innego.

Dzieci uczą nas, że miłość, w swojej czystej formie, jest służbą. Jakże to sprzeczne z obecną, ukierunkowana na zaspokajanie własnych potrzeb, kulturą. Stwierdzamy nagle, że bycie czyimś sługą nie jest poniżające, przeciwnie - uwalnia nas od męczącej odpowiedzialności za ciągłe dbanie o swoje wygody. Co za ulga  żyć dla czegoś ważniejszego niż my sami.

Mijają 3 lata i pojawiają się rozczarowania - dzieci nie spełniają oczekiwań rodziców. I wzajemnie. 
Konkluzja jest dość zaskakująca: gdyby dobroć rodziców wystarczała, rasa ludzka zatrzymałaby się w rozwoju i uschła. Przetrwanie gatunku wymaga aby dzieci miały dosyć własnych rodziców i odeszły z nadzieją znalezienia bardziej zadowalających źródeł miłości i emocji.

Wreszcie, po 16 latach bycia razem, Rabih i Kirsten osiągają dojrzałość, która wydaje się być mieszanką zmęczenia i rezygnacji.
Rabih dochodzi do wniosku, że dopiero teraz jest gotowy do małżeństwa. W samą porę, bo jeszcze wiele lat przed nimi a sił coraz mniej.

Czytając tę książkę nie mogłem oprzeć się pokusie lekkiej modyfikacji tytułu - The curse of love - przekleństwo miłości.

Recenzja książki TUTAJ.

P.S. I jeszcze relacja o miłości, która potwierdza moją uwagę - są różne rodzaje miłości - KLIK.

Wednesday, July 5, 2017

Wielkie Litery w Muzyce

Gdy byłem w szkole średniej nasz, rozmiłowany w muzyce, nauczyciel niemieckiego opowiedział nam taką anegdotę:

Na plakacie w filharmonii w Paryżu ktoś napisał:
Trzy wielkie B - Bach, Beethoven, Berlioz!
Wszyscy inni są kretynami.

Pod spodem ktoś dopisał:
Trzy wielkie M - Mendelssohn, Meyerbeer, Moszkowski!
Wszyscy inni są chrześcijanami.

Przypomniały mi się językowe rozważania o chrześcijaństwie z zeszłego tygodnia.

Nasz nauczyciel był poliglotą i już ciszej, może tylko dla mnie, zaprezentował wersję oryginalną:
Trois grandes B - Bach, Beethoven, Berlioz!
Tous les autres sont des crétins.

Trois grandes M - Mendelssohn, Meyerbeer, Moszkowski!
Tous les autres sont chrétiens.

Było to dla mnie sporym fonetycznym zaskoczeniem.

Sunday, July 2, 2017

Niedzielne czytanie - Chrześcijanie.

Chrześcijanie - skąd ta nazwa?
Coś mi tu chrzęści Janie - że to słowo pochodzi od chrztu i to od chrztu udzielonego przez Jana, Jana Chrzciciela.

Sprawdziłem jak to wygląda w innych językach europejskich.
Grecki -  chrześcijanin = Χριστιανός - kristianos;   chrzest - βάπτισμα - baptisma
Łacina - Kristiana; chrzest - baptismus
Francuski  - chrétien;   chrzest - baptême
Niemiecki - Christian;  chrzest - Taufe
Angielski  - Christian;  chrzest - baptism
Rosyjski  -  Кристиан - kristian;  chrzest - крещение - kreszczenje.

Wikipedia, na przykład angielska, podaje, że słowo Christian oznacza osobę, która "... who follows or adheres to Christianity".
Etymologia: The Greek word Χριστιανός (Christianos), meaning "follower of Christ", comes from Χριστός (Christos), meaning anointed one - namaszczony (pomazaniec).
Wersja polska powtarza to samo choć oko i ucho temu przeczą.

Idąc tym tropem, określenie to w języku polskim powinno brzmieć chrystusowiec.
Chrystusowcy - KLIK - to jednak mogą być członkowie protestanckiego Kościoła Chrystusowego lub członkowie rzymskokatolickiego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej.

Natomiast słowo chrześcijanin bardziej kojarzy mi się z Baptystami a to już osobny, protestancki, ruch religijny.

Moim, niepotwierdzonym nigdzie, zdaniem termin chrześcijaństwo powstał w wyniku ceremonialnego chrztu całego narodu. Narzucona siłą oficjalna ceremonia wyprzedziła dotarcie Ewangelii do serc i rozumów.

Często spotykam się ostatnio ze stwierdzeniem, że polscy chrześcijanie są takimi tylko z nazwy a w praktyce nie naśladują Chrystusa.
A dlaczego mieliby naśladować?
Postępują zgodnie ze swoją nazwą. Wszak na początku było SŁOWO.

P.S. Jeszcze kilka przykładów
Czeski: Chrystus - Kristus; chrześcijanin: křesťan;  chrzest - krest.
To przecież  od Czechów przyszło do nas chrześcijaństwo. Czesi wszystkiemu winni!
Podobnie jest w języku słowackim, chorwackim, ale nie w słoweńskim czy bułgarskim.
Również Węgrzy są nam bratankami w wierze.
Węgierski - Chrystus: Krisztus; chrześcijanin: keresztény;  chrzest - keresztség.

Friday, June 30, 2017

Zauważone w kiosku

Prawie miesiąc temu, odwiedzając kiosk, żeby potwierdzić swoją kolejną przegraną w totolotka, zauważyłem ten nagłówek...


Wojna 6-dniowa. 
Przypomnę: rok 1967, pod koniec maja Zjednoczona Republika Arabska - krótkotrwała unia Egiptu, Syrii i Jordanii, której przewodniczył prezydent Egiptu Gamal Abdul Nasser - zablokowała Cieśninę Tiran i rozlokowała potężne siły militarne (ponad 250,000 osób) na granicy Izraela. Reakcją Izraela był niezapowiedziany atak lotnictwa, który całkowicie zniszczył egipskie siły powietrzne. Po nim nastąpił atak sił lądowych. W ciągu 5 dni wojska Izraela pokonały całkowicie zdezorientowane wojska arabskie, zajęły cały Półwysep Synaj, należące do Syrii Wzgórza Golan i należący do Jordanii Zachodni Brzeg (w tym całą Jerozolimę). Straty Izraela - niecałe 1,000 żołnierzy, straty arabskie ponad 20 razy większe. Szczegóły tutaj - KLIK.

Kupiłem gazetę i zamiast ją czytać sięgnąłem do wspomnień. 
Rok 1967 - toż wtedy dostaliśmy mieszkanie. Prawie przez 2 lata mieszkaliśmy kątem u teściów a teraz wreszcie na własnym (to znaczy spółdzielczo-lokatorskim). Urządzaliśmy się a przy okazji poznałem bliżej kolegów z pracy, którzy dostali mieszkania w tym samym bloku.
Polityką niezbyt się interesowałem choć oczywiście dzięki, moim zdaniem bardzo dobremu, dziennikowi radiowemu orientowałem się nieźle co się dzieje na świecie.
Związek Radziecki zdecydowanie popierał prezydenta Nassera, który prowadził w Egipcie socjalistyczną politykę - obalenie monarchii, reforma rolna, upaństwowienie Kanału Sueskiego, wielkie inwestycje (np. tama Assuańska). Nie tylko popierał, ale również zbroił, podobnie jak Syrię i Irak.
Nic dziwnego, że pod koniec maja pojawiły się informacje o kryzysie na Bliskim Wschodzie popierające niezbyt wyraźnie sprecyzowane stanowisko krajów arabskich. Faktyczne stanowisko to była likwidacja państwa Izrael.
Zapamiętałem, że w tych dniach, znajomy z pracy, z którym właściwie nie miałem nigdy bliższego kontaktu, nagle zaprosił mnie do swojego mieszkania, wyciągnął atlas.
- Popatrz pan, na co te Żydki się porywają. Patrz pan, ten Izrael to ziarnko piachu na pustyni. Na co oni liczą? Nie mają żadnych szans.
Spojrzałem na niego - miał wypieki na twarzy. Skąd takie emocje? - zdziwiłem się - może on jest antysemitą.
Kilka dni później było po wszystkim. Nie pamiętam jak to komentowała prasa, ale mój znajomy był pełen uznania. Znowu zaprosił mnie do mieszkania, nawet poczęstował herbatą. Mówił niewiele, tylko kręcił z niedowierzaniem głową, ale jednak z podziwem i szacunkiem.

Według mnie taki był powszechny odbiór. Nagle pojawiło się wielu ekspertów wychwalających izraelską armię. Nie bez znaczenia była opinia, że trzon tej armii stanowią żołnierze żydowskiego pochodzenia, którzy zdezerterowali z Armii Andersa.
Krążyła anegdota, że egipski wywiad nie mógł w żaden sposób złamać kodu, którym zaszyfrowane były depesze izraelskiej armii. A one były po prostu pisane po polsku.

Sprawdziłem fakty. Rzeczywiście w okresie przebywania Armii Andersa w Palestynie ze służby zrezygnowało około 2,000 żołnierzy, znaczna część zdezerterowała. Generał Anders i premier Sikorski dali na to milczącą zgodę co spowodowało pewien konflikt z dowództwem angielskim.
Najbardziej znaczącym ubytkiem Armii Andersa był na pewno Mieczysław Biegun, który jako Menachem Begin został w 1977 roku prezydentem Izraela - KLIK.
M. Biegun nie zdezerterował, złożył formalną rezygnację. Inna sprawa, że generał Anders wydał poufne zalecenie, żeby wszystkie takie rezygnacje akceptować.
Menachem Begin był bardzo aktywny w dzialalności podziemnych organizacji paramilitarnych w okresie poprzedzającym powstanie państwa Izrael. Ich głównym celem była brytyjska administracja Palestyny. M. Begin był szefem organizacji Irgun w okresie ataku bombowego na hotel King Dawid w Jerozolimie, w którym znajdowały się biura administracji brytyjskiej. Zginęło 91 osób - KLIK.

Kilka tygodni po zakończeniu wojny w prasie i radio pojawiły się komentarze, że wiele poważnych stanowisk w ministerstwach Obrony i Spraw Zagranicznych zajmują osoby, które mają przekonania polityczne niezgodne z generalną linią polskiej polityki.
Znowu anegdota zasłyszana w pracy: przewodniczący ONZ poprosił, żeby polska delegacja nosiła stroje krakowskie. Dlaczego? Bo nie można jej odróżnić od delegacji Izraela.

Wkrótce potem relacje prasowe były już jednoznaczne - syjoniści są wśród nas.

Po tych wspomnieniach zabrałem się do czytania gazety The Australian Jewish News.
Po pierwsze zdjęcie w nagłówku - to trzej żołnierze, którzy pierwsi dotarli do Ściany Płaczu, która znajdowała się w jordańskiej części Jerozolimy.
Wszyscy trzej jeszcze żyją. Ich relacja: "Posuwaliśmy się wąskimi uliczkami zabudowanymi arabskimi domami, nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Przeszliśmy przez wąską żelazną bramę i nagle zobaczyliśmy ją - Ha Kotel - KLIK. To nie był tak jak teraz otwarty plac, była okrążona domami. Mieliśmy łzy w oczach gdy zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy w miejscu, na które czekaliśmy 2,000 lat". 

Mosze Dajan, ówczesny Minister Obrony Izraela, powiedział: "Wczoraj nie byłem osobą religijną i jutro nią nie będę, ale dzisiaj nie mogę powiedzieć niczego innego, tylko że byliśmy świadkami cudu".

Kartkuję gazetę dalej. Na środkowych stronach dyskusja. Z jednej strony:czas zakończyć okupację (Zachodniego Brzegu). Z drugiej: wezwania do wycofania się Izraela są naiwne...



Tematy wspomniane w książce Judasz są nadal żywe.

Tuesday, June 27, 2017

Czy tenisowy kort może nosić imię Margaret Court?

Australijka Margaret Court to najbardziej utytułowana tenisistka wszechczasów - 62 zwycięstwa w wielkoszlemowych turniejach - KLIK. Żaden mężczyzna nie zbliżył się do tej liczby, prowadzi Roy Emerson - 28 tytułów.
Nic więc dziwnego, że w jej imieniem nazwano jeden z kortów w kompleksie, na którym rozgrywany jest turniej Australian Open - KLIK.
Cały kompleks nosi imię Rod Laver Arena. Rod Laver wygrał tylko 11 turniei wielkoszlemowych, ale jest jedynym tenisistą, który wygrał dwukrotnie Wielkiego Szlema - wszystkie 4 turnieje wygrane w jednym sezonie.

W tym roku Margaret Court zdobyła sławę w innej dziedzinie. Po zakończeniu kariery tenisowej Margaret poświęciła się działalności religijnej w ramach Kościoła Zielonoświątkowego (Pentecostal Church). W ramach swojej działalności zdecydowanie sprzeciwiała się legalizacji małżeństw jednopłciowych. Za słowami poszły czyny - Margaret Court zadeklarowała, że nie będzie korzystać z usług linii lotniczej Qantas gdyż jej kierownictwo popiera małżeństwa jednopłciowe - KLIK.

W starych, dobrych czasach byłaby to pewnie burza w szklance wody. Co to kogo obchodzi? Inna sprawa, że Margaret Court może mieć trudności w znalezieniu odrpowiedniej dla siebie linii lotniczej.
Ale mamy nowe, lepsze czasy a ich atrybutem jest wszechobecność mediów i nagłaśnianie każdej potencjalnej kontrowersji. Margaret Court trafiła na czołówki gazet. Rezultat był łatwy do przewidzenia - liczne głosy żeby zmienić nazwę kortu.

W zeszłym tygodniu Margaret Court była zaproszona w charakterze prelegenta na spotkaniu Partii Liberalnej. Wzbudziło to gwałtowne protesty - KLIK - i w końcu nikt nie wie czy zaproszona dotarła na to spotkanie.

Typowe dla fanatyków wolności - tępić każdego, kto tę wolność interpretuje inaczej.
Szczególnie dziwią (i denerwują) mnie ataki na instytucje religijne. Każda wiara ma swoje zakazy - kropka.

Jakie jest moje stanowisko w tej sprawie?
Jeśli chodzi o nazwę kortu, to zdecydowanie jestem za jej utrzymaniem. Rozliczajmy sportowców z wyników a nie z poglądów.
Małżeństwa jednopłciowe? Nie złożę oficjalnej deklaracji na ten temat, z przekory, gdyż składanie takich deklaracji stało się nieomal obowiązkowe - patrz dygresja.
Wspomnę tylko stare, dobre czasy. W tamtych czasach, o osobach , które miały tylko ślub cywilny, mówiono, że żyją na "kocią łapę". W takim razie dlaczego przejmować się tym czy są jedno czy dwupłciowi?

Dygresja. Nie po raz pierwszy zauważyłem, że osoby publiczne - na wysokich stanowiskach lub celebryci - czują się zobowiązane do deklaracji poglądów na sprawy, które nie należą do ich kompetencji.
Mało tego, wywierany jest na nie nacisk żeby te poglądy zadeklarowały. W przypadku homoseksualizmu i małżeństw jednopłciowych nacisk ten jest wyjątkowo silny.
Jeśli chodzi o rząd australijski - obecnie rządzi Partia Liberalna - to oficjalne stanowisko brzmi: ogłosimy referendum gdy uznamy, że Australijczycy są na to gotowi.
Te wątpliwości na temat gotowości, to obawy, że przy obecnym stanie umysłów mogłoby dojść do zamieszek.
Lobby homoseksualne zdecydowanie sprzeciwią się referendum, żąda głosowania w parlamencie. To zrozumiałe - referendum trudno kwestionować, poza tym jest anonimowe. W przypadku głosowania w parlamencie będzie można dręczyć każdego posła za jego wybór - zarówno za jak i przeciw.

Sunday, June 25, 2017

Niedzielne czytanie - Judasz

Judasz to bardzo zagadkowa postać.
Na lekcjach religii nie poświęcano mu wiele uwagi - zdrajca, fałszywy pocałunek, 30 srebrników, lepiej gdyby się nie urodził.
Te 30 srebrników i judaszowy pocałunek stały się przysłowiowe, podobnie jak umycie dłoni przez Piłata.

Dopiero wiele lat później przyszła refleksja.
Po pierwsze - po co ta zdrada?
Przecież Jezus nie krył się ze swoimi naukami. Występował publicznie, Dlaczego mieliby go poszukiwać w ogrodzie i aresztować w nocy? Dlaczego ktoś musiał go identyfikować?
Po drugie - wolna wola.
Jezus mówi podczas ostatniej wieczerzy, że wśród apostołów znajduje się zdrajca. Czy to nie jest predestynacja? Do momentu zdrady pozostało kilka godzin. Przecież Judasz mógł w tym czasie zmienić decyzję. No właśnie - czy mógł?
Po trzecie, choć to pokrywa się z drugim - skazanie Jezusa na śmierć to był Boży plan. Dlaczego Bóg umieścił w swoim planie totalną klęskę jakiegoś człowieka?

Niedawno zwróciła moją uwagę książka Amosa Oz - Judas - KLIK.

Jak Jezusa widzą Żydzi?
To temat pracy magisterskiej bohatera książki, Shmuela Asha,

Żydzi zauważyli Jezusa dość późno. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą od Józefa Flawiusza urodzonego kilka lat po ukrzyżowaniu. Są to bardzo krótkie wzmianki. Cała historia - nauczanie, cuda, ukrzyżowanie, pogłoski o zmartwychwstaniu - wszystko opisane w kilku linijkach. Wygląda na to, że był to drobny incydent, który nie zostawił śladów w pamięci ludzkiej.

Dopiero chrześcijaństwo uprzytomniło Żydom wagę tej postaci.
Żaden Żyd nie miał takiego wpływu na losy świata jak Jezus.
Niestety jednocześnie miał ogromny negatywny wpływ na losu Narodu Wybranego.

Pierwsze wzmianki Żydów o Jezusie pochodzą z VIII wieku, z Hiszpanii. Są to wzmianki dość ironiczne. Oczywiście kwestionują boskość Jezusa, która jest pogwałceniem pierwszego z 10 przykazań. To mogło zyskać przychylność Muzułmanów gdyż Jezus, jako prorok, jest wspomniany kilkakrotnie w Koranie.

Wróćmy do książki Amosa Oz.
Shmuel przeżywa kryzys - rzuciła go narzeczona, ojciec zbankrutował i nie może finansować jego studiów, rozpadła się lewicowa grupa studencka, w której się udzielał.
W odpowiedzi Shmuel rzuca studia i podejmuje pracę znalezioną na tablicy ogłoszeń na uniwersytecie.
Dziwna to praca - dotrzymywać przez 5 godzin dziennie towarzystwa starszemu, niepełnosprawnemu mężczyźnie. W zamian za to mieszkanie i drobne wynagrodzenie.

Miejsce pracy to dom przypominający barczystego mężczyznę w ciemnym kapeluszu, który na klęczkach szuka czegoś w błocie.

Mężczyzna potrzebujący towarzystwa, pan Wald, jest brzydki, szeroki w barach, wykrzywiony i pogarbiony. Nos ostry jak dziób głodnego ptaka, szczęka wykrzywiona na kształt sierpa. Oczy osadzone głęboko pod gęstymi, urwistymi, białymi brwiami, które wyglądały jak wełnisty szron. Sumiaste, einsteinowskie wąsy jak zaspa śnieżna.

Pracodawca, a raczej pracodawczyni, pojawia się w nieoczekiwanych momentach, na krótko, ale to wystarcza, aby wprowadzić do powieści delikatny powiew erotyzmu.

Obowiązki:
Pan Wald to nocny stwór. Obowiązki zaczynają się o 5 po południu - usiąść z nim w bibliotece i rozmawiać, nie unikać kontrowersji. Tu czajnik, esencja, cukier, herbatniki, O 7 wieczorem podgrzać owsiankę, którą przygotowuje sąsiadka, Sarah de Toledo. O 10 przypomnieć o lekarstwach. O 11 przygotować termos pełen gorącej herbaty i to koniec twoich obowiązków. Pan Wald może mówić do siebie w nocy, krzyczeć, nawet płakać. Nie zwracaj na to uwagi.
Owsianki powinno wystarczyc dla was dwóch. Możesz korzystać z zapasów żywności w kuchni i lodówce. W pobliżu, na Ussishkin Street, jest niewielka wegetariańska restauracja.
To wszystko.

Każdego ranka Shmuel wstaje z łóżka, bierze prysznic, pudruje swoją gęstą brodę wonnym talkiem. Zjada śniadanie i rozmyśla.
Między innymi o Jezusie, ale coraz częściej jego uwaga koncentruje się na Judaszu.
Wielu chrześcijan nie kojarzyło osoby Jezusa z Żydami. Natomiast nie mieli wątpliwości co do żydowskiego pochodzenia Judasza.
Spójrzmy na obraz Ostatnia Wieczerza. Większość osób to blondyni Tylko Judasz ma rysy kojarzące się ze stereotypem Żyda.


Swoją drogą Judasz był w tym towarzystwie wyjątkiem. Jezus i wszyscy apostołowie byli Galilejczykami, Judasz pochodził z Judei.
Warto zaznaczyć, że Galilea mocno różniła się od ówczesnej Judei i Izraela. Są to tereny położone znacznie wyżej dzięki czemu jest tam chłodniej, częściej padają deszcze, w rezultacie jest to urodzajna kraina.
Galilea graniczy z Libanem i ponad 500 lat była poza wpływami Izraela. To spowodowało spore rozluźnienie obyczajów i pomieszanie etniczne.
Kapłani w Jerozolimie nie zwracali zbytniej uwagi na wydarzenia w tej prowicji. Roiło się tam od samozwańczych proroków i cudotwórców. Jednak Jezus wydawał się przyciągać większe tłumy niż inni.

Shmuel Ash rozmyśla nad tym i dochodzi do elektryzującej konkluzji - kapłani nakłonili Judasza z Kariothu, zamożnego, wykształconego, trzeźwo myślącego człowieka, żeby przebrał się w ubogie szaty i dołączył do grupy wyznawców Jezusa jako szpieg.
Przyniosło to zupełnie nieoczekiwane skutki. Postać Jezusa oczarowała Judasza i niespodziewanie Judasz stał się najbardziej żarliwym uczniem Nazarejczyka. Poczuł potrzebę wyprowadzenia Jezusa z prowincjonalnej Galilei i przedstawienia go całemu Narodowi. Niech Go pozna Jerozolima, niewątpliwie po pierwszym spotkaniu wszyscy padną na kolana i nadejdzie Królestwo Niebieskie.
Jezus wcale nie chce wybierać się do Jerozolimy, obawia się, nie czuje się na siłach. Ale Judasz wierzy w Niego bezgranicznie. Judasz, pierwszy chrześcijanin. Wierzy tak mocno, że Jezus ulega namowom.
Śmierć Jezusa na krzyżu jest dla Judasza śmiertelnym ciosem. Wiesza się na uschniętym drzewie figowym. Tym, o którym pisałem tu 2 tygodnie temu.

Tłem do tej historii jest zimowa Jerozolima. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że może tam być zimno, że może nawet padać śnieg.
Jest rok 1959 jeszcze świeże są wydarzenia z 1947 roku - powstanie państwa Izrael. Okazuje się, że stali mieszkańcy domu nr 17 przy ulicy Rabbiego Elbaza mają bardzo silne powiązania z tym wydarzeniem. Że bardzo bliska im osoba była w ścisłym gronie działaczy syjonistycznych. Była zdecydowanym przeciwnikiem konfliktu z Arabami, oponentem Ben Guriona. W rezultacie została uznana za zdrajcę, usunięta z wszystkich organizacji żydowskich, usunięta z dokumentacji historycznej.

Amos Oz wie o czym pisze, on również jest zwolennikiem porozumienia i współpracy ze światem arabskim. Jemu też niektórzy zarzucają zdradę.

Dygresja. Wychowywałem się w bardzo katolickim środowisku, ale nie zauważyłem specjalnie antysemityzmu i prawie nigdy nie wiązał się on z ukrzyżowaniem i zdradą Judasza.
Moje obserwacje potwierdza Hannah Arendt - KLIK. W swojej książce The Origins of Totalitarianism, w rodziale o antysemityźmie, wyraża pogląd, że jego źródłem było osiągnięcie przez Żydów dużych wpływów społecznych, ekonomicznych i politycznych w obcych im środowiskach.

P.S1. Prawdopodobnie czytelników, podobnie jak mnie, rozbawił napis nad głową Jana - John (Not Marry). Chodzi o liczne podejrzenia, że po prawicy Jezusa siedziała Maria Magdalena a nie o to żeby nie wychodzić za Jana za mąż.
P.S2. W cytowanym ogłoszeniu o pracy jest błąd. Wspomniane jest tam 5 godzin pracy podczas gdy w specyfikacji obowiązków praca trwa od 5. do 11., czyli 6 godzin. Samo życie.

Recenzja Polityki - KLIK.

Thursday, June 22, 2017

Kabaret w getcie


W ubiegłą niedzielę odwiedziliśmy Kadimah - Żydowskie Centrum Kulturalne w Melbourne - KLIK.

Powodem była reklamowana na plakacie impreza. Było to również nawiązanie do wspomnianego nie tak dawno filmu The Zookeeper's Wife. Zobaczyć getto z drugiej strony.

Pierwsze wrażenie potwierdzało oczekiwania.

----
----


Żółte gwiazdy, zamieszanie, żywa gestykulacja, wyrazista mimika.


To nie było jeszcze właściwe przedstawienie, ale jednak było jego częścią. Zaaferowana inspicjentka (stage manager) niepokoi się:
- Bronia jeszcze nie przyszła. Co się z mogło stać? - spogląda bezradnie na aktorów, na widownię. To budzi świadomość, że mogło się stać coś strasznego.
- Przestawienie musi się odbyć! - artyści nie mają wątpliwości.

Klown Jankiele, inspirowany postacią Jankiela Herszkowicza z łódzkiego getta, krążył między rzędami krzeseł:
- Daj mi grosz to powiem ci sekret.

Zamieszanie uspokaja się, zaczyna się przedstawienie.
Dla mnie było ono zaskoczeniem. Spodziewałem się, że usłyszę znane mi piosenki jak choćby Małe miasteczko Bełz - KLIK. Przedstawienie opierało się jednak na tradycji żydowskich kabaretów w Berlinie i Amsterdamie. Przypominało również sceny kabaretowe z filmu Cabaret.

Wszystkie piosenki były wykonane w języku jidysz co przypomniało mi wspomnienia Isaaca Bashevis Singera - Love and Exile - opisujące jego życie w Polsce. Przy lekturze tej książki uprzytomniłem sobie, że ogromna diaspora żydowska w przedwojennej Polsce funkcjonowała zupełnie samodzielnie, bez istotnych związków z polskim życiem społecznym i kulturalnym.

Dopiero po przedstawieniu poczułem się znowu trochę jak w Warszawie, a trochę w Melbourne.


Spytałem muzyków i kogoś z publiczności czy znają język jjidysz - tylko niektóre słowa. Czyli tak jak ja.

Więcej informacji o przedstawieniu tutaj - KLIK.

Tuesday, June 20, 2017

Geometryczna gimnastyka

Ostatnio mamy więcej kontaktu z naszym najstarszym wnukiem - Feliksem - 13 lat.

Feliks uczęszcza do specjalnej szkoły, która godzi program szkoły średniej z intensywnym programem artystycznym. W przypadku Feliksa jest to balet.

Zasadniczo uczniowie nie mają zadawanych lekcji do domu, powinni wszystko zrobić w godzinach szkolnych. Nic dziwnego. Feliks wraca do domu o godzinie 5. bardzo głodny i zmęczony. O 8. jest już w łóżku. Pobudka o 6 rano.

Z przyzwyczajenia pytam go co było w szkole, co zadane.
Odpowiedź jest zawsze taka sama: - nothing Dziadzia. Does't matter.

Jednak kilka dni temu wyznał, że zgubił gdzieś pracę domową z matematyki.
- Na jaki temat była ta praca? - zapytałem.
- Doesn't matter Dziadzia, Coś o kątach.
Rozmawiamy po angielsku, po polsku jest tylko ten Dziadzia.

Zapytałem go jednak o te kąty a przy okazji spytałem czy wie ile stopni ma suma kątów trójkąta.
Wiedział - 180 stopni.
- A czworokąta?
- 360 stopni Dziadzia. My to wszystko przerabialiśmy.
- A pięciokąta? - nie dawałem za wygraną.
- Też 360 stopni. Nie może być więcej, bo 360 stopni to cały okrag.

- Tak, ale kąty wielokąta to coś innego. Zobacz.
Narysowałem pięciokąt i podzieliłem go liniami na 3 trójkąty.


- Widzisz? Trzy trójkaty. Ile to stopni?
- Acha, 3 razy 180.
- Tak, 540 stopni. A ile stopni mają kąty sześciokąta?
Skupiliśmy się na rysowaniu. Mój rysunek wyglądał tak:


Feliks uśmiechnął się z pobłażaniem i pokazał swój rysunek:


- Co to jest Feluś?
- Proste, ja rozciągnąłem Dziadzi sześciokąt w linię prostą. Na rysunku są to dwie linie równoległe, ale w rzeczywistości jest to jedna linia bo nakładaja sie na siebie. Te kąty na końcach (A i D) mają po ZERO stopni. A te pozostałe cztery mają po 180 stopni. 4 razy 180 Dziadzia?
Nie pozostało mi nic innego jak wykonać mnożenie - 720 stopni. Tego nauczyli mnie dobrze w szkole podstawowej. Ale żeby rozciągać sześciokąty? Do tego potrzebny balet. W mózgu.

Sunday, June 18, 2017

Niedzielne słuchanie - 8 minut 37 sekund

Dzisiaj zamiast czytania, słuchanie.
8 minut 37 sekund? Chyba bardzo rzadko kazanie jest takie krótkie, ale to nie będzie kazanie.
To tytuł utworu muzycznego skomponowanego przez Krzysztofa Pendereckiego w 1960 roku.

Tytuł utworu nie jest nowatorski. 8 lat wcześniej John Cage "skomponował" utwór pod tytułem 4'33'' (4 minuty 33 sekundy). Słowo skomponował napisałem w cudzysłowie gdyż utwór ten to absolutna cisza.
Jest to więc muzyczna wersja bajki Nowe szaty króla. Jednak jak dotąd nikt nie zawołał w trakcie wykonywania utworu - król jest nagi!
Być może działa maksyma Jerzego Waldorfa - muzyka łagodzi obyczaje.

John Cage nie jest jednak hochsztaplerem, jego rozważania na temat muzyki są ciekawe i poważne, patrz TUTAJ, ale miało być o Pendereckim.

Krzysztof Penderecki darzył Johna Cage dużym uznaniem i chyba zgadzał się z jego wypowiedzią: muzyka jest bezcelową zabawą, afirmacją życia. Nie jest usiłowaniem wprowadzenia porządku w chaosie czy naprawy dzieła stworzenia. Jest po prostu sposobem przebudzenia się na życie, którym żyjemy.

W praktyce oznaczało to eksperymenty muzyczne, między innymi sonoryzm - wymyślony przez polskich kompozytorów kierunek muzyczny, w którym istotą jest dżwięk. Nie ma rytmu, melodii, tylko dżwięk, jak kolorowe plamy na abstrakcyjnym obrazie. Więcej na ten temat tutaj - KLIK.

Właśnie takim eksperymentem miał być utwór 8'37''. Krzysztof Penderecki komponował go w laboratorium, na sprzęcie elektronicznym. Na szczęście w tamtych czasach działalność twórcza nie była zbyt ograniczana limitami finansowymi w związku z czym Penderecki miał możliwość wysłuchania swojego utworu w wykonaniu orkiestry symfonicznej - 52 instrumenty smyczkowe.
Wysłuchał i był wstrząśnięty. Zmienił tytuł utworu na Tren pamięci ofiar Hiroszimy.
Posłuchajmy - KLIK.

Moja niedzielna refleksja:
Doświadczenie Pendereckiego wydało mi się bardzo znamienne. Pomyślałem, że może właśnie tak samo dzieje się we wszechświecie.
Bóg robi eksperymenty w swoim niebiańskim laboratorium a na Ziemi orkiestra licząca ponad 7 miliardów artystów wykonuje ten utwór.
Efekt jest rzeczywiście wstrząsający.

Wróćmy lepiej do K. Pendereckiego. Tren pamięci ofiar Hiroszimy został po raz pierwszy wykonany w 1960 roku i zapoczątkował błyskotliwą karierę kompozytora.
Ja wysłuchałem tego utworu w roku 1962. Było to moje pierwsze spotkanie z muzyka awangardową i z jednej strony było szokiem - czy to jest muzyka? Z drugiej jednak strony dotykało to znanych mi strun - alarm przeciwbombowy, tupot stóp ludzi zdążajacych do schronu, daleki odgłos zbliżającego się samolotu. Pamiętałem jak przez mglę noce spędzone w schronie, Pamiętałem wyraźnie opowieści mojej matki o bombardowaniach.

Następnym utworem Krzysztofa Pendereckiego, jaki usłyszałem, była Polymorphia - KLIK - wikipedia nie zawiera polskiej wersji tej strony.
To był festiwal Warszawska Jesień 1963. Frontalne spotkanie z muzyką awangardową. Zaskoczenie i zawód - muzyka nie wzbudzała żadnych emocji, nudziła mnie. Również Polymorphia - końcowy czysty akord C-dur był miłym zaskoczeniem, ale równocześnie przypieczętowniem mojego rozczarowania.

Jednak nie na darmo Australia nazywana jest krajem drugiej szansy. Ponad miesiąc temu dostał taką szansę i Penderecki i Polymorphia.
Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że już tydzień wcześniej wszystkie bilety zostały wysprzedane.


Ja nie przegapiłem takiej okazji. Tren pamięci ofiar Hiroszimy brzmiał jak 55 lat temu, za to Polymorphia dużo lepiej. Wyraźnie słyszałem w niej nawiązania do poprzedniego utworu.

Już po koncercie, w programie, znalazłem szokującą informację. Polymorphia jest wynikiem współpracy kompozytora z dyrektorem szpitala psychaitrycznego. Grupa pacjentów zgodziła się poddać eksperymentowi - słuchali Trenu a na encelografie rejestrowano reakcję ich mózgów. K. Penderecki wykorzystał zapisy encelografu przy kompozycji utworu.

To bardzo przypomina mój obecny stan - w głowie szumią odgłosy z dawnych lat a to co robię i myślę, to już tylko fale przeszłosci.

P.S. Ciekawostka techniczna. Wspomniałem, że w muzyce sonorycznej nie ma rytmu, melodii. Zapis muzyczny przypomina techniczne wykresy.
Bardzo polecam obejrzenie animacji Trenu - KLIK. Mnie skojarzyła się ona nie z bombą atomowa, ale z atakiem wirusów.
Zwróciłem uwagę, że dyrygent nie korzystał z tradycyjnej, papierowej partytury. Zamiast niej miał na pulpicie ipad albo coś w tym rodzaju. Może partytura była animowana?

Thursday, June 15, 2017

Warszawskie ZOO

Gdy miałem około 10 lat przynajmniej raz do roku odwiedzałem Warszawę. Zatrzymywałem się u stryja (brata mojego ojca). Pobyt trwał około tygodnia i w programie zawsze była wycieczka do ZOO. Odbywałem ją z którąś z córek stryja.

Nie lubiłem tych wycieczek. Za pierwszym razem oczywiście przeważyła ciekawość - lew, słoń, hipopotam. Rozczarowanie od pierwszego wejrzenia, to nie było to co pamiętałem z lektury W pustyni i puszczy. Zwierzęta za kratami, jakieś takie apatyczne, jak w więzieniu.
Istotniejszą atrakcja była dla mnie przejażdżka na ruchomych schodach.

Wspomnienie wróciło do mnie kilka dni temu, na filmie ZOO-keepers Wife, polski tytuł to Azyl. Film nakręcony przez nowozelandzką reżyserkę Niki Caro na podstawie książki pod tym samym tytułem napisanej przez amerykańską (USA) pisarkę Dianę Ackerman, która z kolei oparła się na pamiętnikach Antoniny Żabińskiej, żony przedwojennego dyrektora warszawskiego ZOO Jana Żabińskiego.
Zwiastun filmu tutaj - KLIK.

Film przedstawia losy warszawskiego ZOO podczas wojny. Najpierw zburzone podczas bombardowania, następnie zrabowane przez Niemców pod dyktando dr. Lutza Hecka - dyrektora berlińskiego ZOO, przyjaciela H. Goringa, członka SS. Stanowisko dyrektorskie zachował również po wojnie.
Dyrektor ZOO, dr Jan Żabiński, którego pamiętam z cotygodniowych pogadanek radiowych o zwierzętach, zaproponował żeby nie zamykać terenów ZOO lecz wykorzystać je na hodowlę świń. Pokarmem dla świń miały być odpady z warszawskiego getta.
Racjonalni Niemcy zgodzili się i dzięki temu dr Żabiński miał swobodny wstęp na tereny getta i pod odpadkami szmuglował ludzi, których następnie państwo Żabińscy przechowywali w kanałach dla zwierząt i piwnicy swojego domu do czasu wyrobienia fałszywych papierów i przekazania ich do polskich rodzin w Warszawie. W ten sposób przeszmuglowali 300 osób, Tylko dwie z nich zostały złapane przez Niemców i rozstrzelane.

Film koncentruje się na pani Antoninie Żabińskiej dzięki czemu uwypukla kontrast między okrutnym światem i wdziękiem zwierząt oraz spokojem i łagodnością żony dyrektora.

Oglądałem film z dużymi emocjami, wzruszeniem i niedowierzaniem - w filmie nie było żadnego Polaka antysemity a Niemcy byli nazywani Niemcami a nie Nazistami. To chyba pierwszy taki film traktujący o okupacji na terenie Polski.
Być może te wszystkie czynniki spowodowały, że jestem tym filmem zachwycony.

Co innego krytycy. Na portalu Rotten Tomatoes - KLIK - film zyskał przęciętną ocenę 61%. Przeczytałem kilka recenzji. Wszystkie zarzucają, że film spłycił i uprościł nadmiernie grozę sytuacji w okupowanej Polsce i nie pokazał w pełni roli dr Żabińskiego, który był przez cały czas wojny czynnym członkiem AK i uczestniczył w licznych akcjach dywersyjnych.
Boże drogi - spłycił grozę? Akcja filmu nie daje sekundy wytchnienia, dodanie nowych wątków pogmatwałoby i tak skomplikowaną relację.
Recenzentka, której tak brakowało grozy, wyjaśniła czytelnikom, że pp Żabińscy ukrywali ludzi do czasu wyrobienia fałszywych dokumentów, dzięki którym "mogli bezpiecznie wyjechać do Anglii, albo jeszcze dalej".
No jeśli tak, to miała rację - brakowało grozy.

Ja zauważyłem jedną niedokładność. W filmie pokazane są sceny z Powstania Warszawskiego. Dr Żabiński jest ranny i dostaje się do niemieckiej niewoli. Nie wspomniano o przymusowej ewakuacji Warszawy przez Niemców po Powstaniu. Warszawiacy uciekają z Warszawy obawiając się nadchodzących Rosjan.

Odbieram to jako nauczkę dla Putina. Od kilku lat w dobrym tonie jest dociąć Rosjanom. W wielu miejscach spotkałem się z poglądem, że w 1945 roku Rosjanie posuwali się na zachód tylko po to żeby gwałcić niemieckie kobiety.

Porównanie wydarzeń przedstawionych w filmie do faktów tutaj - KLIK.

Tuesday, June 13, 2017

Wietnamska kawa

Już prawie miesiąc minął od mojej wizyty w Wietnamie. Poza wspomnieniami zostało coś konkretnego...


Wietnamska kawa typu nesca.
Trafiłem na nią tuż po przyjeździe do Hanoi. Uczestnicy wycieczki czekali na spotkanie informacyjne, koło mnie usiadła pani z kubkiem kawy o mocnym aromacie.
- Gdzie kupiłaś tę kawę? - spytałem gdyż byłem tak zagubiony w kalejdoskopie kiosków, sklepików i straganów, że nie byłem w stanie zauważyć niczego istotnego.
- A tutaj, dwa sklepiki stąd - wskazała ręką - bardzo dobra, chcesz spróbować?
Wyciągnęła rękę z kubkiem w moją stronę. Poczułem się jak na polskiej wsi 60 lat temu. W higienicznej Australii ktoś pije z jednego kubka z zupełnie przypadkową osobą? Co to jednak znaczy osoba pochodząca z niewielkiego miasta.
Nieco nieśmiało wypiłem nieduży łyk. Kawa była może nieco za słodka, ale miała bardzo aromatyczny smak. Wypiłem większy łyk.
- Bardzo dobra - potwierdziłem.
- Możesz skończyć - stwierdziła dobrodusznie ofiarodawczyni - a jak nie, to oddaj, to ja skończę.
Niezbyt chętnie oddałem.

W następnych dniach często piłem kawę w wietnamskich restauracjach i kawiarniach, zawsze była bardzo smaczna. Przed wyjazdem kupiłem pudełko kawy - takie jak na zdjęciu.
Obrazek na pudełku pokazuje kawę z lodem, ale to nie dla mnie, dolałem wrzątku i za chwilę poczułem znany mi zapach - to było TO!

Obejrzałem uważnie opakowanie. Jedyne wymienione składniki to instant coffee i cukier.
A ten zapach? A ten smak?
Tak mi smakuje, że wolę tego nie zgłębiać.

Oczywiście jedna paczka kawy szybko się skończyła, ale nie ma obaw. W Australii jest wielu migrantów pochodzenia wietnamskiego. Tak wielu, że od kilku lat najczęściej wymienionym nazwiskiem w książce telefonicznej Melbourne jest Nguyen.

Mamy więc niewielką wietnamską dzielnicę handową i tam bez trudu znalazłem moją kawę. Nazwa sklepu łatwo wpada w ucho.



Sunday, June 11, 2017

Niedzielne czytanie - drzewo figowe

Przepraszam, to nie jest dzisiejsza Ewangelia. Nie przypominam sobie żebym ten tekst słyszał kiedykolwiek w kościele.

Wracając rano do miasta (z Betanii), uczuł głód.
A widząc drzewo figowe przy drodze, podszedł ku niemu, lecz nic na nim nie znalazł oprócz liści. I rzekł do niego: «Niechże już nigdy nie rodzi się z ciebie owoc!» I drzewo figowe natychmiast uschło.
A uczniowie, widząc to, pytali ze zdumieniem: «Jak mogło drzewo figowe tak od razu uschnąć?»
Jezus im odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: "Podnieś się i rzuć się w morze!", stanie się.
I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie

Ewangelia św Mateusza 21:18-22

Dla mnie to bardzo zagadkowa Ewangelia. To było krótko przed ukrzyżowaniem, a więc wczesna wiosna, drzewo figowe nie miało prawa mieć owoców.
Więc za co ta kara?
Żeby to drzewo wydało o tej porze owoce musiał wydarzyć się cud. Jezus nie uczynił tego cudu, więc o co ma pretensję? Czy jest to pretensja do samego siebie?
Równie dziwna wydaje mi się następna sprawa - jeśli będziecie mieli wiarę, to nie tylko z drzewem figowym tak uczynicie.
Co to ma znaczyć? Że jak wierzę, to mogę zniszczyć nie tylko niewinną roślinę?
Tego samego dotyczy następny przykład - góra rzuci się w morze. Czyli jakieś samobójstwo.

Czy tylko do tego przydatna jest wiara?

Dzisiejsza Ewangelia odpowiada na powyższe pytanie. Niestety dla mnie jest jeszcze trudniejsza do zaakceptowania niż ta powyżej. Jedyna pociecha, że autorem jest św Jan a on czasem trochę majaczył.

Friday, June 9, 2017

MS - smutna strona

Wspomniany w ostatnim wpisie MS Walk jest dla mnie zawsze dość radosnym wydarzeniem. Czasami przypomina mi zasłyszaną kiedyś opinię, że głównym celem takich imprez jest poprawić samopoczucie uczestników.
W przypadku MS Walk jest konkretny pozytywny efekt - w Melbourne zebrano ponad pół miliona dolarów. Mam nadzieję, że zostaną dobrze zagospodarowane.

Wczoraj (czwartek) jak zwykle wizytowałem osoby zwracające się do Stowarzyszenia Św Wincentego a Paulo o pomoc.
Mój partner, Mark, przywitał mnie smutną informacją - jego matka zmarła poprzedniego dnia.
Spytalem o szczegóły - od ponad 30 lak cierpiała na stwardnienie rozsiane, przez ostatnie 15 lat przebywała w domu opieki gdyż jej stan fizyczny wymagał asysty przy podstawowych funkcjach życiowych.
- Śmierć była dla niej dużą ulgą - stwierdził Mark - w ostatnich latach praktycznie nie była w stanie wykonywać samodzielnie żadnych ruchów i cierpiała nieustanny ból.

Zastanawiałem się, czy fakt bycia głęboko wierzącymi katolikami był dla mojego kolegi i jego matki duchową pomocą, czy może przeszkodą?

Tuesday, June 6, 2017

MS Walk



Czyli marsz na rzecz osób chorych na stwardnienie rozsiane - Multiple Sclerosis.
Powyższe zdjęcie pochodzi z roku 2011. Czyli w ostatnią niedzielę szedłem po raz siódmy.

Mój kontakt z tą imprezą był ciekawy.
Sądząc po nazwie - sclerosis - myślałem, że to odmiana sklerozy, jakaś starcza dolegliwość.
Prawdy dowiedziałem się na blogu. Zauważyłem świeżo opublikowany wpis o ciekawym tytule, kliknąłem - blogowała młoda dziewczyna i opisywala swoją walkę z chorobą.
Byłem wstrząśnięty.

Proszę sobie wyobrazić, że kilka dni później, w lokalnej bibliotece, na tablicy z ulotkami, zauważyłem powiadomienie o MS Walk. To był właśnie rok 2011.
Multiple Sclerosis Day jest 31 maja. MS Walk odbywa się zatem w pierwszą niedzielę czerwca.
Obowiązującym kolorem jest czerwony. Świetnie się składa, bo właśnie w tym kolorze jest mój emerytowany narciarski strój.

W Melbourne odbywa się w przepięknym Albert Park. Może komuś ta nazwa kojarzy się z wyścigiem Formula 1. Tak, to tutaj. Dla mnie jest to barbarzyństwo - wpuszczać hałaśliwe i smrodliwe pojazdy do pięknego parku.

Co innego MS Walk. Bardzo się cieszyłem, że mogę zrobic coś pozytywnego. MS Walk połączony jest z akcją charytatywną i przez te lata udało mi się coś tam uzbierać dla MS Society.

W tym roku pogoda dopisała jak nigdy.


Szkoda, że znowu trzeba będzie czekać cały rok.

P.S.
1. Blog, od którego rozpoczęła się moja znajomość ze stwardnieniem rozsianym istnieje nadal - KLIK. Niestety poprawy zdrowia nie ma.
2. Autorka blogu Anna Bartuszek, napisała książkę o początkach swojej choroby - Bestia ujarzmiona - KLIK - przejmująca opowieść o odkryciu choroby i zawziętej walce z nią.
Pozwolę sobie wspomnieć jeden opisany w książce fakt. Anna pracowała gdzieś na obrzeżach Warszawy i miała w drodze do pracy kilka przesiadek. Swoją chorobę ukrywała. W pracy było to łatwe. Najgorsze było przejście przez jezdnię do tramwaju. Żeby zamaskować swoje problemy z chodzeniem trzymała przy uchu telefon komórkowy. Przechodnie i kierowcy wyzywali ją od idiotek. Wolała to niż przyznac się do choroby.
3. Fotorelacje z moich marszów tutaj - KLIK.

Sunday, June 4, 2017

Niedzielne czytanie - Zielone Świątki

Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. 
 Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. "Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami?" - mówili pełni zdumienia i podziwu. "Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? - Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie - słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże". Zdumiewali się wszyscy i nie wiedzieli, co myśleć: "Co ma znaczyć?" - mówili jeden do drugiego. "Upili się młodym winem" - drwili inni.
Dzieje Apostolskie 2:1-11

Wiele lat temu mieliśmy w parafii nieco intelektualizującego księdza. Z okazji dnia Zesłania Ducha Świętego postanowił zademonstrować opisane powyżej zdarzenie. Poprosił mnie żebym przeczytał tekst Ewangelii po polsku, pani pochodząca z Irlandii czytała w języku gaelickim, a ksiądz po francusku.

To jest bardzo krótka Ewangelia, spróbowałem w domu - proste. Zasadniczo nie mam problemów z występami publicznymi, nawet je lubię. W wyznaczonym czasie wszedłem więc na ambonę, odczekałem chwilę, żeby wierni poczuli powagę sytuacji i zacząłem czytać.
Zerknąłem na wiernych i straciłem pewność siebie.
Oni mnie zupełnie nie rozumieli. 
To było oczywiste, ale wrażenie było jednak zaskakujące. Przyznam, że w tym momencie ogarnęło mnie całkowite zniechęcenie. Te kilkanaście sekund czytania, które jeszcze pozostało wydały mi się zadaniem ponad siły. Oczywiście wszystko odczytałem, ale miałem poczucie porażki.

Po mszy przeanalizowałem sytuację.
"... i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić."
Zgadza się - zacząłem mówić w obcym języku, najwyraźniej Duch pozwala mi mówić po polsku.
Zatem problem leży po drugiej stronie - patrz pogrubiony tekst - wierni nie słyszeli jak przemawiałem w ich języku.

Pisząć ten wpis zwróciłem uwagę na ostatnie zdanie czytania z Dziejów Apostolskich - może po prostu brakowało młodego wina?

P.S. Tutaj demonstracja języka gaelickiego -modlitwa Ojcze Nasz - KLIK.

Saturday, June 3, 2017

Powiew rzeczywistości

W nocy ze środy na czwartek pasażerowie startującego z Melbourne samolotu Malaysian Airlines przeżyli godziny grozy.
Kilkanaście minut po starcie jakiś pasażer wstał i próbował dostać się do kabiny pilotów. Wołał, że w plecaku ma bombę.

Dzielni pasażerowie szybko obezwładnili delikwenta, pilot zawrócił samolot na lotnisko w Melbourne. Samolot wylądował. Oczekiwały go już jednostki sił specjalnych i...

I przez półtorej godziny nic się nie działo. Pasażerowie i załoga przeżywali całą wieczność grozy. Wreszcie po 90 minutach siły specjalne wkroczyły do samolotu. Okazało się, że w plecaku nie było bomby tylko głośnik.

Siły specjalne, policja i politycy gratulują sobie nawzajem sprawnie przeprowadzonej akcji. Pasażerowie mają nieco inne zdanie. Relacja tutaj - KLIK.

Na mnie też spadły jakieś okruchy z tego tortu.
W czwartek, czyli kilkanaście godzin po opisanym wypadku, odprowadzałem syna z większą częścią jego rodziny na lotnisko. Widać było większą niż normalnie obecność policji.
Pożegnaliśmy się i wsiadłem do ich samochodu. Zastartowałem i stwierdziłem, że dźwignia do zmiany biegów jest zablokowana. To oczywiście jest jakaś firmowa blokada, ale nie miałem przedtem szansy zapoznac się z tym samochodem.
Dzwonię do syna. Zbliża się do mnie dwóch policjantów - tu nie miejsce na rozmowy, proszę natychmiast odjechać.
- Ale ja nie mogę uruchomić samochodu, dzwonię do właściciela po instrukcję.
Policjantów przybywa - włącz światła hazardowe, nie oddalaj się od samochodu.
Syn odbiera - tatusiu wsiądź do samochodu, powiem ci co robić.
Wsiadam.
- Natychmiast wyłącz ten telefon! - policjant brzmi bardzo groźnie.
Na szczęście pojawia się syn i za chwile odjeżdżam.

P.S. Okazało się, że sprawca wydarzenia był osobą chorą psychicznie. Mam na myśli wydarzenie w samolocie, nie w samochodzie.

Wednesday, May 31, 2017

Ulga

Co tydzień wykupuję kupon Oz-lotto - jeden z tutejszych totolotków - a jest ich chyba aż 5.
W Oz-lotto jest najmniejsza szansa wygranej, ale też jest najtańszy - $1.30.
Przez kilka tygodni nikt nie trafił kompletu numerów i ani się spostrzegłem a główna nagroda wzrosła do $40 milionów.
Zauważyłem to gdy było już za późno - po wykupieniu kuponu. Boże drogi - nie pozwól mi wygrać! Przecież taka wygrana mnie zabije.
Losowanie odbywa się we wtorki. Nie sprawdzałem numerów, bo jeśli bym wygrał, to pewnie nie mógłbym spać, a przecież dzisiaj (środa) od rana praca u św Wincentego.

W drodze do pracy jednak sprawdziłem. Najpierw rzuciła mi się w oczy informacja, że komplet numerów trafiła tylko jedna osoba, a zatem wygral całe $40 milionów. Ledwie zerknąłem na numery a już wiedziałem, że to nie ja. Ciężar spadł mi z serca.

Z ochotą zabralem się do zmiatania liści. U nas jesień w pełni a mój sklep znajduje się w zamożnej dzielnicy. Ulice obsadzone klonami, liści po kolana. Wypełniłem nimi dwa duże, mocno ubite worki.

Takie 40 milionów mogę jeszcze jakoś udźwignąć.

Sunday, May 28, 2017

Niedzielne czytanie - Najlepsza Partia



Jón Gnarr miał tak pogmatwane dzieciństwo, że musiało się to źle skończyć.
W domu dla psychicznie chorych, w ratuszu w stolicy Islandii, albo gdzieś pośrodku.

W roku 2009, rok po światowym kryzysie finansowym, w wyniku którego Islandia praktycznie zbankrutowała, Jón Gnarr założył Best Party - KLIK. Najbardziej konkretnym punktem programu tej partii była obietnica bezpłatnego wstępu na baseny (w tym bezpłatny ręcznik).
Wystarczyło. Partia wzięła udział w wyborach burmistrza Reykjaviku. Podczas kampanii wyborczej dorzuciła do swojego programu białego niedźwiedzia dla miejskiego zoo, i wygrała.

Burmistrzostwo Jóna Gnarra było dość normalne. Podczas jego 4-letniej kadencji nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego choć kilka razy zaszokował. Brał udział w paradzie Gay Pride występując jako kobieta, odmówił zaproszenia do ratusza dowódców statków NATO. Najbardziej spodobało mi się, że po zakończeniu kadencji postanowił rozwiązać Best Party. Zdał sobie sprawę, że coś najlepszego nie może trwać zbyt długo.
Wbrew zapowiedzi na okładce książki Jón Gnarr świata nie zmienił.

Czy Reykjavik kojarzy się Państwu z czymkolwiek?
Mnie kojarzy się z meczem szachowym o mistrzostwo świata między Borysem Spasskim ZSRR i Bobby Fischerem USA, który odbył się w tym mieście w 1972 roku.

Na marginesie dodam, że Bobby Fischer spędził ostatnie lata swojego życia w Reykjaviku i tam zmarł w 2008 roku. Życie B. Fischera to tak niesamowita historia, że zachęcam do zajrzenia TUTAJ.

P.S. Zajrzałem na strony internetowe dwóch basenów w Reykjaviku. Nie ma na nich cen biletów a więc pewnie są darmowe. Nie wspominają nic o bezpłatnych ręcznikach, może to oczywiste. Swoją drogą ta oferta nie jest dla mnie jasna. Zakładam, że były prane po każdorazowym użyciu.

Wednesday, May 24, 2017

Lenin wiecznie żywy

Prawie 2 lata temu spotkałem w naszej parafii księdza Lenina

Mój okazjonalny wpis blogowy  TUTAJ.

Kilka dni temu, odbierając wnuczkę z przedszkola, zauważyłem taką etykietę (tę niebieską).

Tradycja trwa.

Sunday, May 21, 2017

Niedzielne czytanie - Konfucjusz

"Chrystus był człowiekiem doskonałym, lecz Konfucjusz miał więcej zmysłu humoru".
J.A. Cronin - Klucze Królestwa.

Książka Klucze Królestwa bardzo mi się spodobała i wracałem do niej kilkakrotnie. Spodobał mi się również podany na wstępie cytat gdyż dobrze oddaje przekorny charakter bohatera powieści. Przyznam jednak ze wstydem, że wprawdzie, właśnie dzięki temu cytatowi, zainteresowała mnie osoba Konfucjusza, to nigdy nie starczyło mi cierpliwości, żeby zapoznać się z jego życiem i twórczością.

Ostatnio, dzięki pobytowi w Wietnamie, znowu wróciłem do tego tematu.
Moje główne źródło wiadomości o Wietnamie, przewodnik mojej wycieczki - Hoc - wspomniał, że wyznaje filozofię Konfucjusza. Pstryknąłem więc tu i ówdzie na internecie, mocno się rozczarowałem i chyba już nigdy nie zapoznam się solidnie z życiem i pracami tego myśliciela.

Znalazłem jednak jedno istotne zdanie:
"Nie czyń innym tego, czego nie chcesz, by czynili tobie".

Jest to negatywna wersja zalecenia Jezusa:
"Co byście chcieli, aby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie".

To zalecenie wkrótce nabrało rangi przykazania: "Miłuj bliźniego swego jak siebie samego".

Porównanie obu powyższych maksym tutaj - KLIK.

Muszę stwierdzić, że zalecenie Jezusa - "Co byście chcieli, aby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie" - mrozi mi krew w żyłach.
Oczami wyobraźni widzę te życzliwe panie domu: no dołóż sobie więcej, a spróbuj jeszcze tego.
Albo tych dobrych kolegów: no wypij jeszcze jeden kieliszek.

Przykazanie - miłuj bliźniego swego jak siebie samego - nie jest już tak natrętne. Właściwie nie jest zupełnie natrętne - można wszak kochać na odległość i nie wkładać w to żadnego wymiernego wysiłku.
Widzę jednak w tym przykazaniu istotną prawdę - żeby kogoś miłować jak siebie samego, trzeba najpierw pokochać siebie.

Natomiast reguła konfucjańska - nie czyń innym...
Dla mnie jest to wezwanie do zajęcia się samym sobą. Wydaje mi się to typowe dla dalekowschodnich religii. Pewnie dlatego stają się coraz bardziej popularne.

Thursday, May 18, 2017

Stan nieważkości

Żona kupiła w polskich delikatesach dżem.


Czytam etykiety i tłumaczę na swoje: 100% owoców a wśród nich również malina.


Na 100 g produktu zużyto 100 g malin...
... a prócz tego dodano jeszcze zagęszczony sok jabłkowy i pektyny.

Wniosek prosty - zagęszczony sok jabłkowy i pektyny nic nie ważą.

Zastanowiło mnie słowo użyte w tytule:
nieważkości = nie waż kości.

Nie waż również zagęszczonego soku jabłkowego i pektyn.

Tuesday, May 16, 2017

Small is beautiful

Przez kilka ostatnich dni czołową pozycją w wiadomościach był atak na komputery w kilkudziesięciu krajach - sparaliżowane szpitale w Wielkiej Brytanii, żądania okupu,
Po dwóch czy trzech dniach sprawa została, przynajmniej na jakiś czas, rozwiązana. Komputerowiec amator z Wielkiej Brytanii "ocalił świat" - szczegóły TUTAJ.

Ze zlinkowanego atrykułu wynika, że niezupełnie amator. Młody człowiek porzucił studia i uczył się techniki komputerowej na własną rękę. Jest aktywnym członkiem różnych grup zajmujących się technikami włamań do systemów komputerowych (hacking). Jest zatrudniony przez małą prywatną firmę. Po ostatnim sukcesie został zatrudniony przez National Cyber Security Centre.

No właśnie - National Cyber Security Centre. Strona tej instytucji - KLIK - informuje, że jej celem jest "uczynić Wielką Brytanię najbezpieczniejszym miejscem do życia i prowadzenia byznesu online.
Nie bardzo rozumiem co to znaczy "życie online", ale to drobiazg.

Centrum zostało uroczyście otwarte przez Królową na początku tego roku - KLIK. W artykule wspomniany jest budżet docelowy 1.9 miliarda funtów.

Pytanie: jak to się stało, że ci eksperci byli przez kilka dni całkowicie bezradni wobec problemu, który w ciągu kilku godzin rozwiązał pół-amator?

Z relacji w mediach wynika, że Marcus Hutchins, człowiek, który uratował świat, po prostu przeczytał ze zrozumieniem kod źródłowy pirackiego programu.

Tylko tyle. AŻ TYLE.

Sunday, May 14, 2017

Niedzielne czytanie - Dzień Matki

Dzisiaj odwiedził naszą parafię ksiądz Dawid, który szkolił się kiedyś w naszym seminarium.

Z pochodzenia Indonezyjczyk. Jego matka była początkowo buddystką lecz przed jego urodzeniem przyjęła katolicyzm.
Dawid jako małe dziecko był bardzo chorowity więc matka, zgodnie z lokalnym zwyczajem "sprzedała" go swojej siostrze za 3 kury. Ciekawe, że matka była z zawodu lekarzem.
Szukałem na internecie informacji wyjaśniającej ten dziwny zwyczaj, ale nie znalazłem.
Dawid spędził pierwsze lata w domu swojej ciotki. Gdy stan zdrowia się na stałe polepszył wrócił do domu, ale żywił uraz do matki. Do tego matka była dość despotyczna i trzymała dom żelazną ręką co skłoniło go do ucieczki z domu gdy miał 16 lat. Wrócił tam dopiero na swoje 17 urodziny.
To w jakiś sposób tłumaczy jego przywiązanie do św Augustyna, który też miał ostry konflikt z matką.

Dzisiaj, jako ksiądz Dawid, zgrabnie połączył swój powrót na łono rodziny z czytanymi tekstami Pisma Świętego.

Drugie czytanie - List św Piotra 2:4-9 - podam tekst angielski z moim tłumaczeniem.
"(...) As scripture says: Now I am laying a stone in Zion, a chosen, precious cornerstone and no one who relies on this be brought to disgrace. To you believers it brings honour. But for unbelievers, it is rather a stone which the builders rejected that became a cornerstone,;a stumbling stone, a rock to trip people up. They stumble over it because they do not believe in the Word..."
Jak powiada Pismo: oto kładę na Syjonie kamień węgielny, wybrany, drogocenny a kto wierzy w niego nie zawiedzie się. Tym, którzy wierzą, chwała. Dla tych zaś co nie wierzą, jest to raczej kamień odrzucony przez budowniczych, kamień, o który się potykają. Potykają się, bo nie wierzą...

Tak właśnie było ze mną, mówił ksiądz Dawid, nie wierzyłem w miłość matki i to było moim problemem. A zatem problem był we mnie. Gdy dojrzałem do zrozumienia problem zniknął. Jesteśmy kochającą się rodziną.

Wierzę, że matka go kochała, ale wystawiła go jednak na ciężką próbę.

P.S. Tak, poza protokołem, sobie myślę, że być może to doświadczenie z dzieciństwa miało wpływ na jego wybór kariery duchownej.

Thursday, May 11, 2017

W czasie deszczu

... dzieci się nudzą - śpiewała kiedyś Barbara Kraftówna - KLIK.

Ja w takie dni, na przykład w ostatni poniedziałek, jadę z wnuczką do muzeum. Nie jestem osamotniony.


To "kącik" dla dzieci a w nim sporo atrakcji - KLIK

Dzieci jak to dzieci, niektóre wszystkiego dotykają, niektóre kryją się po kątach. Natomiast dla opiekunek to niewątpliwa atrakcja - wszystkie smartfony pracują na wysokich obrotach.

Tuesday, May 9, 2017

Za metą

Tydzień temu zapowiadałem z fanfarami swoje uczestnictwo w biegu Wings for Life, pora na zdanie sprawozdania.
Znane jest powiedzenie - jedno zdjęcie zastąpi 1000 słów.
Na szczęście działa ono również w przeciwnym kierunku - kiedy nie masz o czym mówić, to pokaż obrazki.

Proszę bardzo...
Wczesnym popołudniem pojechałem na miejsce startu odebrać numer startowy i inne akcesoria. Pogoda była, taka sobie.


Znalazłem pewną inspirację co do właściwego stroju na bieg.


Po powrocie do do domu sprawdzam co też dostałem od organizatorów. Po pierwsze solidną torbę, a na niej motto biegu w językach krajów, w ktorych się odbywa - Polska (Poznań) na 13 pozycji.


Po drugie - numer startowy, koszulka, taśma odblaskowa, bardzo dobra latarka na głowę, puszka napoju energetycznego i "emergency blanket" czyli pewnie jakaś folia ochronna.
Mój wybór wyposażenia, to poncho i mały termos z gorącą herbatą. Chciałem dodać do niej rumu, ale skończyło się na cytrynie i cukrze.

Gdy jechałem na start była drobna mżawka, temperatura około 10C.


Na miejsce startu przybyłem prawie pół godziny przez czasem i zaskoczyła mnie pustka. Gdzież się podziało te prawie 3 tysiące zarejestrowanych uczestników? Przestraszyli się mżawki?
Okazało się, że linia startu znajduje się na autostradzie, prawie kilometr od centrum organizacyjnego. To było pewne rozczarownie gdyż w innych biegach masowych tego typu wszystko jest w jednym miejscu i osobiście lubię popatrzyć na tych wspaniałych biegaczy i biegaczki przygotowujących się do biegu.
Tym razem stali już oni karnie na autostradzie a organizatorzy poganiali nas żebyśmy natychmiast do nich dołączyli. Ledwie zdążyłem zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.


Na autostradzie stała ogromna kolumna zielonych koszul, gdzieś w dali majaczyła brama startowa. Po sygnale startu musiałem poczekać zanim ruszyliśmy do przodu i minęło sporo czasu zanim dotarłem do początku biegu.


Dygresja - startowałem w kilkudziesięciu maratonach narciarskich. Tam jest jeszcze gorzej, bo więcej uczestników (Bieg Wazów - 15,000) a do tego narciarz zajmuje znacznie więcej miejsca niż biegacz. Różnie sobie z tym radzą. Oczywiście pierwsza zasada to - umieścić na początku tych najszybszych, a potem , stopniowo, coraz wolniejszych. Mnie jednak najbardziej podoba się rozwiązanie norweskie. W tamtejszym maratonie narciarskim - Birkebeiner Rennet (18,000) uczestników - w piewszej linii również umieszczają elitę światową, na przykład Justynę Kowalczyk, ale zaraz po nich... najstarszą grupę wiekową - w roku 2003 była to grupa 85+. I potem, co pięć minut, startują kolejne grupy wiekowe, od najstarszych do najmłodszych. Logika jest prosta - ci najstarsi, w domyśłe najwolniejsi, potrzebują więcej czasu więc lepiej żeby zaczęli wcześniej, w przeciwnym wypadku skończą bieg w nocy.
Ja widzę w tym jeszcze inną logikę - jeśli ktoś ze mną wygrał, to znaczy prześcignął mnie. A jak mógł mnie prześcignąć jeśli wystartował kilka minut wcześniej?
A problemy z wyprzedzaniem? Nie zauważyłem. Dwa tory narciarskie są pozostawione dla tych wyprzedzających nie widziałem żadnych kolizji. A jak przyjemnie było oglądać tych coraz młodszych i szybszych. Patrząc na nich nie czułem smutku z powodu swojego dalekiego miejsca - przegrałem ze znacznie lepszymi od siebie. Przecież to godne i sprawiedliwe.

Ja tu gadu, gadu a biegacze pobiegli.


Za chwilę rozpoczęła się samotność długodystansowca. Takich jak ja chodziarzy było niewielu. Ktoś z laską, ktoś o kulach, grupa młodych i silnych, którzy kopali piłkę do futbolu australijskiego, pani paląca papierosa. 
Bardziej dokuczliwe były jadące po przeciwnej stronie autostrady samochody. Nie było ich wiele, ale robiły sporo hałasu.


Przeszedłem 2km i niedługo później minął mnie samochód organizatorów wyświetlający oficjalny czas: 21:36. Oooops, to znaczy że catcher truck przejechał już 1.5 km. Czyli za chwilę mnie złapie. Rzeczywiście, minąłem znacznik 3 km  i wkrótce klapa.


Maszerowałem dalej i za chwilę dogonił mnie autobus z bardzo miłą obsługą. W środku wszyscy ci, których złapano wcześniej niż mnie. Niewielu.


Po kilku minutach i kilku przystankach autobus był pełny. Jedna pani przyjechała na bieg aż z Perth, 4,000 km od Melbourne. Jej córka ma uraz rdzenia kręgowego - przypomnę - pomoc takim osobom jest celem biegu.
Jeszcze kilka minut i jesteśmy w miejscu gdzie rozpoczynał się bieg. Tutaj miłe zaskoczenie - sporo osób, które przywitały nas brawami. Dopiero teraz poczułem atmosferę, której brakowało mi na starcie. 


Na ekranie wyświetlano migawki z biegu z różnych miejsc. W większości przypadków wczesne popołudnie i piękna, słoneczna pogoda. Tylko w Wiedniu spory deszcz. Chętnie bym się przysiadł i pooglądał, ale to  już po 10. a następnego dnia, skoro świt, trzeba jechać pobawić się z wnuczką.

Koniec opowiastki - teraz oficjalne wyniki.
Pierwsze miejsce startujący w Dubaju Szwed Aron Anderson  - 92.14 km, drugi, startujący w Mediolanie Polak, Bartosz Olszewski - 88.24 km. Pierwsza kobieta - startująca w Santiago Polka, Dominika Stelmach - 68.21 km. 17 miejsce w klasyfikacji ogólnej. W pierwszej 17-ce aż 5 Polaków.

Wyniki biegu w Melbourne: pierwsze 8 miejsc cudzoziemcy. Wygrał Teddy Bezancon z Francji - 70.22 km. Pierwsza kobieta zajęła 4 miejsce - Olesja Nurgaliewa, Rosja, 60.97 km. Chyba w żadnym innym mieście kobieta nie zajęła tak wysokiej pozycji. Siódma w klasyfikacji ogólnej i trzecia wśród kobiet Diana Golek z Polski.

A autor tego blogu?
Oficjalnie zadeklarowałem cel 7 km, prywatnie obiecywałem sobie, i czytelnikom tego blogu, 5 km. W rzeczywistości wyszło tylko 3km 240m. I na tym miałem zakończyć, gdy spojrzałem nieco uważniej na listę wyników. 

JA TEN BIEG WYGRAŁEM...


Tak jest, pierwsze miejsce, bo nikogo prócz mnie w tej kategorii wiekowej nie było.
Urok statystyki - każdy może tam znaleźć potwierdzenie, że jest najlepszy na świecie.
Przypomina mi to scenkę z jakiegoś kabaretu - a mój wujek jest pierwszym rewolwerowcem Teksasu - w Łomży.


Wynik finansowy. Moja deklaracja: $100 (amerykańskich). Wykonanie $55. Organizatorzy zapowiadali, że całe wpisowe (niemałe - $66) jest również przeznaczone na wsparcie badań nad leczeniem urazów rdzenia kręgowego. To ciekawe, koszt organizacji był bardzo poważny, choćby ta latarka - ponad $30. A te wszystkie namioty, samochody, eskorta policji i pogotowia? Być może pokryli to sponsorzy.

Osobom cierpiącym na urazy kręgosłupa życzę dużo sił i optymizmu.