Sunday, September 24, 2017

Niedzielne czytanie - każdemu według potrzeb

«Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. 
Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. 
Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”. 
A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. 
Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi».

Ewangelia wg św Mateusza 20:1-16

Za moich szkolnych czasów interpretowano tę Ewangelię na dwa sposoby - po pierwsze nagroda zbawienia jest tak wielka, że nie sposób ją różnicować - lepsze niebo dla wierzących dłużej i gorliwiej, gorsze dla małowiernych?
Po drugie - nigdy nie późno na nawrócenie.

To drugie tłumaczenie powodowało dość przewrotne i ryzykowne myśli. Hulaj dusza, piekła nie ma, bylebyś zdążył w porę wrócić na drogę cnoty. Choćby na godzinę.

Proszę jednak zwrócić uwagę - robotnicy zatrudnieni później nie spędzili większości dnia na hulankach i swawolach, oni pokornie czekali na placu w nadziei, że ktoś ich zatrudni. Warto sobie zdać sprawę ze stresu jaki przeżywali gdy godziny mijały a w domu nie było czego do garnka włożyć.

Tutaj przypomina się Karol Marks - od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb,
Tę zasadę próbowano wprowadzać w przeróżnych komunach. Chyba jedyny trwały sukces to żydowskie kibuce.

Oczywiście zasada powyższa jest okropnym pogwałceniem wolności osobistej więc na szerszą skalę nic z tego nie wyszło.

Saturday, September 23, 2017

Cziste szaleństwo

Kilka tygodni temu byłem na festiwalu żydowskiej muzyki. Tytuł Shir Madness.
Shir, nie Sheer. Jestem zadowolony ze swojego tłumaczenia tego tytułu.

Moje wrażenia z festiwalu TUTAJ.

Thursday, September 21, 2017

Śmiech ożywczy jak woda

Kilka dni temu czekałem pod drzwiami biblioteki na otwarcie. Nadeszła grupka osób niepełnosprawnych. Widoczny problem, to brak koordynacji ruchów, nierówny krok, tiki, bełkotanie.
W Australii spotyka się ich często w miejscach publicznych - parkach, bibliotekach, na basenie.

Wśród osób czekających na otwarcie biblioteki przeważali studenci pochodzenia chińskiego. Udawali, że nie widzą tych niepełnosprawnych, instynktownie usuwali się im z drogi.

Jeden z niepełnosprawnych nacisnął guzik fontanny pitnej (czy to prawidłowa polska nazwa?). Woda trysnęła jakieś dwa metry w górę. Cała grupa podeszła do niego. Próbowali naciskać guzik na różne sposoby, żeby wyczuć w jakiej pozycji strumień wody da się pić w kontrolowany sposób.
Udało im się, jeden napił się, pozostali bili mu brawa. Spróbował drugi - woda trysnęła tak silnie, że odrzuciła mu głowę do tyłu, zmoczyła włosy, zalała ubranie.

Nie mogłem powtrzymać śmiechu. Aż mnie zgięło w pół. Po chwili zawstydziłem się trochę, nadal zgięty zerknąłem zobaczyć czy moja reakcja nikogo nie uraziła.
Przeciwnie. Koledzy oblanego śmiali się niemniej niż ja i kiwali do mnie przyjaźnie. Ofiara fontanny też. Przyjemnie znaleźć się w towarzystwie, w którym napotyka się zrozumienie i akceptację.

Tuesday, September 19, 2017

Plebiscyt

Tydzień temu dostałem formularz do głosowania ZA lub PRZECIW legalizacji małżeństw osób jednej płci.


Byłem ciekaw czy na formularzu znajduje się jakaś forma sprawdzenia tożsamości głosującego, choćby miesiąc lub rok urodzin.
Nie ma. Słyszałem już głosy, że istnieje groźba, że formularze bedą wykradane ze skrzynek pocztowych. Rzeczywiście, nic prostszego niż pomaszerować tropem listonosza i wyjąć ze skrzynek sąsiadów wrzucone do nich formularze.

Wypełniłem, wysłałem.

Okazuje się, że mogłem mój fomularz sprzedać i to za dobre pieniądze, ponad $1,500 - KLIK.
Z drugiej strony, dobrze że szybko wysłałem bo jeśli te formularze mają taką wartość to na pewno rabusie będa się włamywać do domów, żeby je ukraść.
Z trzeciej strony, powinienem chyba wywiesić na drzwiach powiadomienie, że formularz już wysłany więc nie ma sensu się do mnie włamywać.

Jeszcze nie ochłonąłem po tych emocjach a tu już następne, dużo poważniejsze. Okazuje się, że akcja plebiscytowa powoduje ogromne stresy i traumy w środowiskach...LGBTIQ
LGBTIQ, o Boże ja zupełnie nie nadążam, ja w ogóle nie wiem kto wokół mnie żyje. Próbuję odcyfrować: L - Lesbian, G - Gay, B - Bisexual, T - Trisexual... ŹLE - Transgender, IQ - iloraz inteligencji... znowu ŹLE - Intersex and Questioning.

Poradnie zdrowia psychicznego wysyłaja alarmy, że nie mogą podołać zwiększonemu napływowi pacjentów. Politycy ostrzegają, że skutki tych stresów będą trwały długie lata. Patrz TUTAJ.

No to chyba ja też do tego poszkodowanego środowiska się zaliczam - Questioning - swoje własne zdolności zrozumienia czegokolwiek.

Sunday, September 17, 2017

Niedzielne słuchanie - Finlandia

Właściwie słuchanie było w piątek. Koncert w katedrze św Patryka.


W drodze na koncert towarzyszyły nam tłumy kibiców jadących na mecz fulbolu australijskiego. To już chyba półfinały rozgrywek pierwszej ligi więc tłumy były duże. Opuścili nas w pobliżu stadionu MCG - pojemność ponad 100 tysięcy kibiców. Na finale będzie wypełniony po brzegi.

W kościele też nie było źle, wypełniony jak na półfinał.
W programie utwory na "blachę", to chyba prawidłowe tłumaczenie terminu brass band.
Wspaniała akustyka, jaką tylko w kościele można osiągnąć. Doskonali muzycy, ale...
No właśnie Finlandia. To poemat muzyczny skomponowany przez J. Sibeliusa.
Jadąc na koncert wyobrażałem sobie jak potężnie będzie brzmiał w kościele, w wykonaniu "brass band".
Rzeczywiście brzmiał potężnie, tak potężnie, że jakoś stracił całą finezję i dramatyzm oryginału.

Przy wyjściu pani reprezentująca organizatorów koncertu spytała kurtuazyjnie jak mi się podobało. Odpowiedziałem całkiem niekurtuazyjnie: dobry koncert, ale wiesz, ta Finlandia... mam w domu nagranie i...
- Każdy ma w domu nagranie Finlandii - ucięła moje dywagacje.

Oczywiście, prawidłowa odpowiedź powinna była brzmieć - wspaniałe (gorgeous), niesamowite (amazing). Wszak tak komentowane jest każde zdjęcie na facebooku.
Ale żeby uciąć w taki sposób?
Co to miało znaczyć?
Masz nagranie, które lubisz, to nie chodź na koncert żeby potem krytykować.
A z drugiej strony - każdy ma.
To oczywista przenośnia - każdy ma swoje zdanie i jeśli będzie je wygłaszał w drzwiach katedry przez które nawet wielbłąd się nie przeciśnie, to nie wyjdziemy z kościoła do niedzieli.

W drodze do domu potraktowałem to zdanie dosłownie.
Każdy ma Finlandię w domu? Przeleciałem szybko listę krewnych, znajomych i przyjaciół i poczułem się tak znużony i samotny jak na ostatnich kilometrach maratonu narciarskiego w Finlandii (75 km).


Po powrocie do domu czymprędzej włączyłem odtwarzacz. Finlandia zabrzmiała tak jak powinna.
Już niedziela a ja nadal słucham.

TUTAJ  w "prawidłowym" wykonaniu orkiestry symfonicznej. To nagranie zrobione z okazji nadchodzącego 100-lecia niepodległości Finlandii. Dlatego w wykonaniu utworu uczestniczy chór.

Friday, September 15, 2017

Festiwal filmów półkoreańskich

Tydzień temu, przechodząc obok kina studyjnego, zauważyłem informację o Festiwalu Filmów Koreańskich.


Okazuje się, że wyrosłem na sarkastycznego staruszka. Na cóż innego mogło zresztą wyrosnąć Dziecko Komuny - KLIK?

Wszedłem do środka gdzie dwie miłe panie wręczyły mi powyższy program festiwalu.
- Czy na festiwalu wyświetlane są jakieś filmy północno-koreańskie? - zapytałem.
Panie osłupiały.
 - Nie, chyba nie... na pewno nie.
- Ach, więc to jest festiwal filmów południowo-koreańskich - stwierdziłem autorytatywnie.
- Chyyyyba tak? Tak! - odpowiedziały.
- Nie sądzimy, żeby Korea Północna produkowała filmy warte obejrzenia - dodała jedna z pań.
- Ja też nie myślę, ale szkoda, że nikt nie sprawdził - podsumowałem.

W domu zajrzałem do programu festiwalu. Moją ciekawość potęgowały te tańczące figury w góralskich strojach.
Przeczytałem streszczenia kilku filmów:
- Because I love you - młody twórca ulega wypadkowi i gdy jego ciało leży w szpitalu, jego duch przenosi się do ciał różnych osób.
- A single rider - obiecujący finansista znajduje się na krawędzi bankructwa. Z desperacji wybiera się z wizytą do Australii gdzie przebywają jego żona i studiujący syn. Na miejscu stwierdza, że jego żona jest mocno zaangażowana w relację z sąsiadem.
- The Bacchus Lady - okazuje się, że ten termin oznacza starsze panie, które pracują jako prostytutki obsługujące jeszcze starszych panów. Jeden z klientów bohaterki filmu przeszedł wylew w mózgu i prosi ją o skrócenie jego życia.
- Our love story - dramat lesbijskiego związku.

No tak. Globalizacja. Takie filmy, może z wyjątkiem The Bacchus Lady, mogłyby powstać w każdym kraju. Dlaczego miałbym mieć ochotę obejrzeć akurat południowo-koreańską wersję?

Czytałem tylko dwie książki koreańskich autorów. Bardzo dobre. Obaj autorzy mieszkają w Korei Południowej, ale obie książki mają bardzo istotny północno-koreański wątek. Według mnie właśnie dlatego są takie dobre.

Nie mam złudzeń. Jestem przekonany, że film wyprodukowany w Korei Północnej to byłaby drętwa, propagandowa chała. Ale jednak... dlaczego nie możemy tego zobaczyć tylko jestesmy zdani na równie drętwą propagandę wolnych mediów na temat reżimu dynastii Kim.

Teraz zresztą, po ustaleniu kolejnych sankcji, to już musztarda po obiedzie.

Pozostaje tylko retoryczne pytanie: czy sankcje przyniosą efekty?

Wednesday, September 13, 2017

Groźna tęcza

Wspominałem już dwukrotnie na tym blogu o sprawie legalizacji w Australii małżeństw osób jednakowej płci. Ponieważ termin "małżeństwo osób jednakowej płci" będzie pojawiał się w tym wpisie wielokrotnie, to zastąpię go skrótem MałOJePci


Powyżej tęczowa flaga nad australijskim parlamentem.

Po wielu tarapatach w parlamencie, senacie, sądzie najwyższym,  tęcza puka do drzwi. W tym tygodniu zostaną rozesłane pocztą formularze plebiscytowe.

Dotychczas podchodziłem do tego tematu raczej żartobliwie.
Na przykład śmieszyło mnie, że nasza linia lotnicza Qantas zadeklarowała, że popiera MałOJePci. Być może miał znaczenie fakt, że już dawno nie korzystałem z usług tej linii. Poczułem jednak pewien niepokój, niesmak gdy podobną deklarację złożyła bliska mojemu sercu akademia muzyczna (ANAM).
Okazuje się, że nie jestem osamotniony. Wczoraj w naszej państwowej telewizjj ABC obejrzałem program, w którym grono osób o zróżnicowanych poglądach dyskutowalo o ubocznych skutkach tej sprawy.
Wspominałem już o tym, że niektórzy wykonawcy/sportowcy ogłosili bojkot kortów tenisowych im Margaret Court gdyż pani Margaret prowadzi akcję przeciwko legalizacji MałOJePci.
Okazuje się, że podobnych przykładów jest wiele. Pojawiają się wezwania do bojkotu firm, które w jakiś sposób popierają instytucje z natury przeciwne idei MałOJePci, na przykład instytucje religijne.
Zastanawiam się czy instytucje wywieszające tęczowe flagi robią to z przekonania czy może ze strachu, że w przeciwnym razie mogą być bojkotowane.

Do tego dochodzi wymiar indywidualny, sprawa traktowania osób o oprzeciwnych poglądach. Czy w zarządzie firmy deklarującej poparcie dla MałOJePci może zasiadać osoba o przeciwnych poglądach? Na przykład katolik?
Czy osoba taka nie będzie dyskryminowana przy obsadzie czysto technicznych stanowisk. przy przyznawaniu dotacji, stypendiów?

W przyrodzie tęcza pojawia się po burzy. Wyglada, że teraz burza bedzie następstwem tęczy.
Wbrew prawom natury?


Nieco więcej o "tyranii tolerancji" TUTAJ.

Sunday, September 10, 2017

Niedzielne czytanie - odpowiedzialnośc za cudze błędy

Tak mówi Pan: «Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela
 po to, byś słysząc z mych ust napomnienia, przestrzegał ich w moim imieniu. 
Jeśli do występnego powiem: Występny musi umrzeć – a ty nic nie mówisz, 
by występnego sprowadzić z jego drogi – to on umrze z powodu swej przewiny, 
ale odpowiedzialnością za jego śmierć obarczę ciebie. 
Jeśli jednak ostrzegłeś występnego, by odstąpił od swojej drogi i zawrócił,  
on jednak nie odstępuje od swojej drogi,to on umrze z własnej winy, 
ty zaś ocaliłeś swoją duszę».
Ezechiel 33:7-9

W Ewangelii według św Mateusza, Jezus powtarza to samo tylko w odniesieniu do apostolskiej społeczności.

Przypomniało mi to czasy gdy nasze dzieci były małe i czasami musiałem pozostawić je zdane na własny rozsądek i pomysłowość.
A czy przypomniałem im o tym? A czy ostrzegłem o tamtym?
Boże, jeśli coś złego się stanie, to nigdy tego sobie nie wybaczę.

Ezechiel i Jezus nie mieli dzieci więc mogli sobie beztrosko powiedzieć - ostrzegłem, nie posłuchał, niech cierpi, to już nie moja sprawa.
Ojca lub matkę, w przypadku  nieszczęścia, zawsze będzie trapić poczucie, że mogli coś zrobić lepiej, aby temu zapobiec.

Jest jednak i druga strona medalu.
Jakże denerwują mnie dobre życzenia typu - tylko jedź ostrożnie, a nie przezięb się... pomysłowość życzliwych ludzi nie zna granic.
A ja potem, manewrując w samochodowym korku, czuję się osamotniony - moi przyjaciele umyli ręce, jeśli coś złego mi się przytrafi, to jeszcze zganią mnie , że nie posłuchałem ich rady.



Wednesday, September 6, 2017

Bezdomne rowery

Melbourne od dawna stara się wprowadzić rowery miejskie, ale według mnie słabo to idzie.

Od wielu lat funcjonują tu "niebieskie" rowery, które parkują na stojakach w wyznaczonych miejscach - KLIK.



Zlinkowana powyżej strona informuje, że jest tych rowerów 600, zaparkowanych na 50 parkingach. Ceny wypożyczenia wydają się być bardzo rozsądne - za $8 można korzystać z roweru przez cały tydzień. Dla porównania wspomnę, że koszt komunikacji miejskiej wynosi ponad $4 za dowolną ilość przejazdów w ciągu 2 godzin. Koszt całodzienny - dwa razy więcej.

Mimo to podczas wizyt w mieście nie widzę żeby ktoś z tych rowerów korzystał. Parkingi zawsze pełne.
Bardzo istotnym czynnikiem zniechęcającym jest obowiązek używania kasków rowerowych. Wprawdzie jest możliwość kupienia lub wypożyczenia tych kasków za tanie pieniądze, ale to zawsze ogromna niewygoda.
Podobno w ciągu roku rowery te wypożyczane są 170,000 razy (czyli każdy rower prawie raz dziennie), ale nie bardzo w to wierzę. Nie mogę też znaleźć danych o kosztach tej inicjatywy, Wydaje mi się, że rada miejska płaci rocznie $1 milion operatorowi systemu.

Od pewnego czasu można zauważyć w mieście żółtą konkurencję.


Te rowery nie mają wyznaczonych miejsc parkingowych. Można taki rower zostawić wszędzie.
Tę usługę oferuje firma z Singapuru - KLIK. No tak, wszak już dawno temu straszono, że rasa żółta zaleje świat.

Kilka dni temu zauważyłem żółte rowery "zaparkowane" w dość nietypowym miejscu.


Spodziewam się, że system wynajmu dysponuje sprawną kontrolą lokalizacji pojazdów, ale jednak pomysłowość najemców jest nieograniczona.
Zresztą nie tylko najemców. Najemca może zostawić rower w prawidłowym, widocznym miejscu, oparty o mur budynku lub o drzewo, a ktoś inny może schować go w pobliskich krzakach, wrzucić do kanału, albo umieścić na drzewie - KLIK.

Przed laty byłem w Amsterdamie a tam rowery wszędzie. Na parkingu rowerowym przy dworcu kolejowym zaparkowano ich chyba kilka tysięcy. Zaskoczyło mnie jednak, że wszystkie dobrze zabezpieczome przed kradzieżą.
Dlaczego w mieście, gdzie każdy ma rower, ktoś chciałby ukraść rower?
Dla hecy oczywiście. Dowiedziałem się, że dno amsterdamskich kanałów jest zasypane wrzuconymi tam bezmyślnie rowerami.

Badając temat żółtych rowerów z Singapuru dowiedziałem się, że rada miejska Amsterdamu nie zgodziła się jeszcze na ich wprowadzenie. Istnieje obawa, że rowery będą zostawiane w miejscach utrudniających parking czy przejazd innym użytkownikom dróg.

Wydaje mi się, że Singapur zaczął sprawę ze złej strony. Najpierw trzeba wprowadzić singapurski porządek a dopiero potem rowerowe fanaberie.

Sunday, September 3, 2017

Niedzielne czytanie - bramy przeciw opoce

"Ty jesteś Piotr, czyli Opoka, i na tej opoce zbuduję Kościół,
 a bramy piekielne go nie przemogą."
Ewangelia wg św Mateusza - 16,13-20

Zadziwiające, przez 70 lat słuchałem tego czytania i nie zauważyłem. Dziękuję komentatorce Atrójce za uruchomienie mojej wyobraźni - KLIK.

Bramy piekielne go nie przemogą.
Odkąd to jakiekolwiek bramy mogą cokolwiek zaatakować, przemóc?
Proszę zresztą popatrzeć na to hipotetyczne narzędzie przemocy  - KLIK.


Szukam jakichś analogii - Makbet - las Birnam zaatakował zamek Makbeta.
Ale żeby bramy? Wszak celem każdego oblężenia jest wyłamanie bram, reszta już idzie gładko. 


Przyszły mi do głowy dwa wytłumaczenia.
Bramy piekielne - a może chodzi tu o paszczę jakiegoś piekielnego potwora, węża, smoka, który rozdziawia ją szeroko chcąc zgryźć, połknąć Kościół.
Drugie wyjaśnienie podsunęło mi angielskie tłumaczenie tej Ewangelii: "...and the gates of underworld shall not prevail against it."

Bramy - gates. A może to miało być z dużej litery - Gates - Bill Gates - twórca Microsoftu.  Zaś piekielny Microsoft - dla mnie odpowiedź jest oczywista - Facebook.

P.S. Otrzymałem kilka ciekawych komentarzy, zarówno na internecie jak i na żywo. Dla porządku umieszcze je tutaj.
Często fragment o skale - opoce (bo stąd pochodzi zdanie o "bramach piekielnych" ) komentatorzy zestawiają z miejscem, gdzie Jezus to powiedział, Cezareą Filipową. Dzisiejsze Banias. Za czasów Jezusa (do dzisiaj trochę tego zostało) były tam ruiny wielkiej świątyni pogańskiej zbudowanej na skale nad morzem. Wszędzie dookoła znajdowały się fragmenty kolumn i ołtarzy. Żydzi wiązali pogańskich bożków z demonami. Może dla uczniów i Jezusa te ruiny były swoistą "bramą piekieł" i Jezus ich uspokaja, że Jego Kościoła te bramy, z których wychodzą demony, nie zniszczą.
Ceramik - blog TU.

 do piekła zbliżają nas różne pokusy, którym ulegamy, to może te bramy oznaczają właśnie pokusy?
Archato - blog TU.
- w angielskim tłumaczeniu tej Ewangelii nie mówi się o piekle, ale o Hadesie, zaświatach (underworld). Do Hadesu wędrowały dusze prawie wszystkich ludzi. Może chodzi o to, że Kościół chrystusowy otwiera bramy zaświatów dla osób zbawionych. 

 Dla mnie bardzo istotna jest ta różnica tłumaczenia - Hades, zaświaty - to są pojęcia dość mgliste. Nie to co piekło - ogień, wieczne męki, płacz i zgrzytanie zębów. Typowe polskie podejście.

Zajrzałem jeszcze do wersji łacińskiej - inferni - najczęstsze tłumaczenie tego słowa to piekło, ale przecież oznacza również coś podziemnego, właśnie angielski underworld, w polskim nie ma dokładnego odpowiednika.

Friday, September 1, 2017

Blaski i cienie systemu bezgotówkowego

W dzisiejszych wiadomościach porannych sporo uwagi poświęcono ocenie skutków wprowadzenia bezgotówkowych świadczeń społecznych w kilku, zamieszkałych przez Aborygenów, rejonach Australii - KLIK.
 Prawie połowa nałogowych pijaków pije mniej, prawie połowa nałogowych hazardzistów wydaje mniej na gry hazardowe, podobnie osoby uzależnione od narkotyków - komentuje minister odpowiedzialny za ten projekt.

System jest prosty - osoby otrzymujące świadczenia socjalne otrzymują 20% w gotówce wpłacanej na ich konto w banku, 80% wpłacane jest na specjalną kartę debitową, którą nie można płacić za alkohol, płacić w kasynie, itp. Szczegóły tutaj - KLIK.

Los Aborygenów w Australii to zbyt skomplikowana sprawa, aby się na jej temat całościowo wypowiadać. Wspomnę więc tylko, że po uzyskaniu pełnych praw obywatelskich oraz prawa własności do niezagospodarowanych ziem swoich przodków powstało wiele ośrodków zamieszkałych przez Aborygenów całkowicie zależnych od świadczeń socjalnych. Jedyne osoby pracujące w tych okolicach, to służba zdrowia, nauczyciele i budowlańcy - prawie wyłącznie "biali".

10 lat temu sytuacja w tych ośrodkach stała się tak krytyczna (pijaństwo, narkotyki, znęcanie się nad kobietami i dziećmi), że rząd podjął bardzo energiczną akcję interwencyjną z udziałem wojska - KLIK.
Oczywiście akcja wywołała falę krytyki - pogwałcenie praw - doczekała się nawet nagany w ONZ. Nie jestem pewien jakie są długofalowe skutki tej interwencji. Prawdę mówiąc, to wiadomość, że karty bezgotówkowe funkcjonują w 3 ośrodkach, zaskoczyła mnie. Wydawało mi się, że zostały wprowdzone we wszystkich ośrodkach zamieszkałych przez Aborygenów.

Rząd ogłasza sukces, krytycy zwracają uwagę na negatywne skutki uboczne takiego systemu. Podsumowałbym to prosto - zasady wolnego rynku - skoro gotówka stała się towarem deficytowym, to jej wartość wzrosła. Okazuje się, że niektórzy posiadacze kart bezgotówkowych sprzedają ich zawartość za ułamek ceny - n.p. zatankuj na moją kartę paliwo za $30 i zapłać mi za to $20 w gotówce.
Wzrosła również ilość napadów rabunkowych oraz prostytucja.

Niestety trudno jest wprowadzić obrót bezgotówkowy częściowo. Wizjonerzy komunizmu logicznie propagowali całkowitą likwidację pieniądza. Zanim to jednak zrobili, to sami obrośli w pieniądze i pomysł całkowicie przepadł.

Wednesday, August 30, 2017

Krew na sprzedaż

Kilka dni temu w australijskiej telewizji państwowej (ABC) wyświetlono program Blood Business, o sprzedawaniu krwi przez biednych ludzi w USA - KLIK.

Niestety czasy teraz tak skomplikowane, że każdą informację trzeba dokładnie zweryfikować i sprawdzić. Z tego powodu unikam czytania, oglądania większości informacji.
Tę o sprzedaży krwi jednak obejrzałem. Już na początku zauważyłem drobną nieścisłość - tematem jest krwiodawstwo, ale co chwila okazuje się, że chodzi o plazmę czyli o osocze.

To bardzo poważna różnica. Osocze to płynna część krwi, nie zawiera czerwonych ani białych ciałek - szczegóły tutaj - KLIK. W związku z tym oddanie osocza jest znacznie mniejszym obciążeniem dla organizmu niż oddanie krwi. Wikipedia podaje, że nie powinno się oddawać krwi częściej niż raz na miesiąc natomiast osocze można oddawać nawet dwa razy w tygodniu i tak właśnie robią prezentowani w programie telewizyjnym biedacy.

Jest jeszcze inna różnica. Krew pobierana od krwiodawców jest przeznaczona do transfuzji natomiast osocze - tylko 20% jest wykorzystywana do transfuzji, 80% jest sprzedawana koncernom farmaceutycznym gdyż osocze jest potrzebne do produkcji wielu leków.
Na polskiej stronie internetowej znalazłem informację, że Polska sprzedaje osocze szwajcarskiej firmie Octapharma po 57-67 euro za litr - KLIK. W skali światowej obroty osoczem są warte kilkanaście miliardów dolarów, głównym eksporterem jest USA.
To nie jest chyba zły interes bo właściciel wspomnianej wyżej firma Octapharma jest wyceniony na prawie 6 miliardów dolarów - KLIK.

No więc jak? Oddawać (osocze) za darmo czy sprzedawać?

Sunday, August 27, 2017

Niedzielne czytanie - niepodległość Ukrainy


Na zielonej Ukrainie,
gdzie hiszpański żyje lud,
tam gdzie rzeka Gangres* płynie,
a Japończyk zbiera miód.

W czwartek wypadała 26 rocznica deklaracji niepodległości Ukrainy - KLIK.

Przypomniały mi się pierwsze dni pobytu w Australii. Poznałem wtedy kilka osób ze starej emigracji, większość pochodziła z Kresów Wschodnich. ZSRR opuścili jako dzieci, razem z Armią Andersa.
Jednym z pierwszych zarzutów pod adresem komunizmu było - Jałta, zdrada, zabrali Polsce Kresy

To prawda, tym ludziom zabrano ojczyznę. Skoryguję tylko, że Kresy odebrano Polsce nie w Jałcie, ale już na Konferencji w Teheranie w grudniu 1943 roku.

Ale gdyby nie zabrano?
Pozwolę sobie pofantazjować - Zachodnia Ukraina pozostaje prowincją Polski i...
1. Oba narody żyją zgodnie i na wieki w pełnej harmonii. Tę opcję pozwolę sobie dopisać do podanej jako motto piosenki.
2. Narody nie  żyją w pełnej harmonii i
2a. Polska z własnej woli obdarza Ukrainę niepodleglością.
2b. Polska, pod naciskiem EU, rezygnuje z Ukrainy.
2c. Sytuacja zaognia się do tego stopnia, że przekształca się w wojnę domową... wynik trudny do przesądzenia.
2d. Polska trzyma Ukrainę siłą. Członkostwo EU nie wchodzi w rachubę.

Jakby to podsumować?
Wydaje mi się, że strona radziecka .wykazała się wielką intuicją polityczną, która z perspektywy lat okazała się dla Polski zbawienna.
Na marginesie wspomnę, że fakt przyznania Polsce Ziem Zachodnich to osobisty pomysł J. Stalina.
Opinia Churchilla:
"Polacy nie powinni otrzymać na zachodzie więcej, niż zechcą i potrafią zagospodarować. Byłoby nieszczęściem tak przekarmić polską gęś niemieckim jadłem, żeby zdechła z niestrawności" - KLIK.

* Nazwa rzeki pochodzi z góralskiego wykonania piosenki, którego wysłuchałem kilka razy w Zakopanem.

P.S. Granica Polski za czasów Bolesława Chrobrego.


Thursday, August 24, 2017

To idzie młodość

Prawie 2 miesiące temu pisałem TU o sprawie małżeństw osób jednakowej płci.

Australia zamierza wkrótce zdecydować o legalizacji (lub nie) małżeństw takich par. Generalnie panuje wielkie umysłów pomieszanie. Zwolennicy chcieli, aby zdecydował o tym parlament normalną większością głosów. Rządząca partia - Liberałowie - chyba też tak chcielli, ale obawiali się, że mogą w ten sposób stracić poparcie swojej bazy, konserwatywnych obywateli, więc proponowali najpierw referendum a następnie plebiscyt. Różnica jest taka, że wynik referendum jest obowiązujący - jeśli będzie TAK, to rząd musi zalegalizować małżeństwa osób jednej płci, jeśli NIE, to temat jest zamknięty na wiele lat.
Wynik plebiscytu daje większą elastyczność, TAK oznacza, że posłowie mogą złożyć w parlamencie projekt ustawy, a parlament zadecyduje o jego przyjęciu lub odrzuceniu.

Idea plebistycu rozwścieczyła zażartych zwolenników małżeństw osób jednakowej płci przez co wpadli w pewnego rodzaju pułapkę. Ponieważ nienawidzą idei plebiscytu, to logiczny byłby bojkot, ale jeśli zbojkotują, to to ich sprawa przegra. A więc apelują, żeby jednak głosować.

No i tu dochodzimy do tytułu tego wpisu - IDZIE MŁODOŚĆ - KLIK.

Dzisiaj rano słyszałem w radio dramatyczny apel do młodych ludzi, aby zerejestrowali się w komisji wyborczej, bo jak nie będzie ich w rejestrze, to nie dostaną formularzy do głosowania.
Apel był dramatyczny, bo termin rejestracji upływa dzisiaj, a apelująca pani wspomniała, że około pół miliona młodych ludzi nie jest zarejestrowanych.
Na pytanie dlaczego tak wiele młodych osób nie zarejestrowało się odpowiedziała - polityka jest taka nudna. Sam proces rejestracji jest nudny. W apelu wspomniała, że rejestracja trwa nie dłużej niż 4 minuty.

Do tego dochodzi sprawa techniczna. Zdecydowano, że plebiscyt nie będzie miał charakteru bezpośredniego głosowania w lokalach wyborczych, lecz odbędzie się drogą pocztową (Postal Vote). Sprawę będzie nadzorował Urząd Statystyczny. Oczywiście zaproponowano głosowanie drogą elektroniczną (internet), ale nasz Urząd Statystyczny ma złe doświadczenie w tej dziedzinie. 2 lata temu, podczas spisu powszechnego, system internetowy padł ofiarą hakerów więc zdecydowano, że plebiscyt skorzysta z usług tradycyjnej poczty.

Natychmiast pojawiły się głosy, że plebiscyt może zostać zignorowany przez młodych ludzi, niezaznajomionych z systemem pocztowym - KLIK.

A więc wokół mnie żyją tysiące dorosłych ludzi, którzy nigdy w życiu nie korzystali z usług poczty, nie wiedzą jak z nich korzystać, są w stanie zignorować istotną dla nich sprawę jeśli zostanie zakomunikowana tą drogą.
Zignoruja ją również jeśli będzie dla nich nudna.

Najwyższa pora zwijać manatki.

Tuesday, August 22, 2017

Rewolucja po niemiecku

Zagrzebałem się ostatnio w starych książkach więc napisze coś oderwanego od rzeczywistości.

Lubeka, rok 1848, Wiosna Ludów. Rada miasta zgromadzona na naradzie w ratuszu dowiaduje się, że w stronę ich gmachu idzie pochód gniewnej klasy robotniczej. Radni zamykają się w budynku, wreszczie ktoś odważa sie stawić czoła tłumowi.

Była już prawie szósta, a choć zapadł głeboki zmrok, nie zapalono dotąd olejnych lamp zawieszonych na łańcuchach nad ulicą. Ten fakt, to widoczne i niesłychane uchybienie wobec przepisów było pierwszą rzeczą, jaka rozgniewała konsula Buddenbrooka i sprawiła, że zaczął mówić ostro i gniewnie: 
- Ludzie, co wy tu wyrabiacie za głupstwa!
(...)
- Karolu Smolt! - zaczął znów konsul zwracając swe małe, głęboko osadzone oczy na mniej wiecej dwudziestoletniego robotnika ze składów, stojącego na swych krzywych nogach tuż obok schodów, z czapką w ręku i ustami pełnymi chleba. - Gadaj no , Karolu Smolt! Najwyższy czas! Straciłem tu całe popołudnie...
- A to, panie konsulu - powiedział Karol Smolt żując chleb. - To tylko taka heca... ale... to się już tak stało... Robimy rewolucję.

- Cóż to znowu za głupstwa, Smolt?
- A to, panie konsulu, to jak pan mówi, ale to już doszło do tego... jesteśmy niezadowoleni... Żądamy innego porządku i żeby więcej tak nie było jak jest...
- Słuchaj Smolt, i wy wszyscy ludzie! Kto z was jest rozumny chłopak, ten pójdzie do domu i nie bedzie sobie głowy zawracał rewolucją ani zakłócał porządku...
- Nawet lamp nie pozapalano... Do tego już doszło z tą rewolucją.
(...)
- A to, panie konsulu - powiedział Karol Smolt - wszystko jest jak jest. Ale rewolucja musi być, to wiemy na pewno. Rewolucja jest wszędzie, w Berlinie, w Paryżu...
- Smolt, a czegóż wy właściwie chcecie? Gadajcie wreszcie!
- A to, panie konsulu, ja gadam: chcemy republiki, toć gadam...

- Ach, ty głupcze.. Toż już ją macie!
- A to, panie konsulu, to chcemy jeszcze jednej.
Niektórzy ze stojących bliżej, lepiej rozumiejący się na rzeczy, zaczęli się śmiać serdecznie i  ociężale, a choć tylko nieliczni dosłyszeli odpowiedź Karola Smolta, wesołość szerzyła się wokoło, tak że wreszcie dobroduszny śmiech ogarnął cały tłum republikanów.
- No to, moi ludzie - rzekł w końcu konsul Buddenbrook - zdaje mi się, że najlepiej będzie, jak sobie wszyscy pójdziecie do domu!
Karol Smolt, zupełnie zdumiony skutkami swojej przemowy, odrzekł:
- A to, panie konsulu, niech już tak będzie, to my już damy spokój z tą hecą, a ja też się cieszę, że mi pan konsul za złe nie wziął, no to adieu, panie konsulu...
Tłum rozchodził się w najlepszym humorze.
- Smolt, zaczekaj no chwilkę! - zawołał konsul. - Powiedz no, a nie widziałeś gdzie krogerowskiej karety, tej karety z willi?
- Tak jest, panie konsulu! Zajechała. Czeka na pana konsula na podwórku.
- Dobrze; no to idź Smolt, powiedz stangretowi, niech zajeżdża, jego pan chce wracać do domu.
- Dobrze, panie konsulu! - I nacisnąwszy na głowę czapkę, nasuwając skórzany daszek na oczy, Karol Smolt szerokimi, kołyszącymi się krokami pobiegł w dół ulicy.

Tomasz Mann - Buddenbrookowie

I jeszcze opinia Lenina na temat możliwości rewolucji w Niemczech:
Rewolucja w Niemczech? Toż gdyby Niemcy mieli zaatakować dworzec kolejowy, to najpierw ustawiliby się w kolejce do kasy kupić peronówki.

Czytając pierwszy cytat myślałem ze smutkiem - dlaczego my w Polsce traktujemy wszystko tak śmiertelnie poważnie?
Drugi cytat dał mi odpowiedź na to pytanie.

P.S. Wyjasnienie co to jest peronówka TUTAJ

Sunday, August 20, 2017

Niedzielne czytanie - sąd rodzinny

Wysoki Sądzie - sprawa prawa opieki nad dziećmi...

Małżeństwo zostało zaaranżowane przez rodziców bez pytania młodych o zdanie. Zaaranżowane, nie wymuszone, obie strony to podkreślały. Obecnie żyją w separacji.
Rozpad małżeństwa rozpoczął się wiele lat temu. Po urodzeniu 2 córek matka nie mogła już zajść w ciążę. 
Ojciec był nastawiony na dużą rodzinę więc małżeństwo zaczęło się rozpadać. Matka zdobyła kwalifikacje nauczycielki, podjęła pracę. To było całkowicie niezgodne z tradycją. Przeznaczeniem kobiet było zajęcie się dziećmi, im więcej tym lepiej, i domem. Mężczyźni również nie otrzymywali gruntownego wykształcenia. W wieku kilkunastu lat koncentrowali się na studiowaniu świętych ksiąg. Z tego powodu rodziny żyły skromnie.
Chłopcy i dziewczęta uczęszczali do osobnych szkół, aby zachować czystość. Modne stroje, telewizja i internet były zakazane, podobnie jak kontakty z dziećmi, które doświadczają tego rodzaju rozpraszania uwagi. Nie wolno odwiedzać domów, które nie przestrzegają ściśle zasad przygotowania posiłków.
Od czasu separacji matka przeniosła córki do szkoły koedukacyjnej, postanowiła że córki podejmą naukę na wyższych uczelniach, zadeklarowała, że chce żeby jej córki były tolerancyjne, miały mozliwości kariery zawodowej, były ekonomicznie niezależne.
Mąż oskarża żonę o niezdolność oddzielenia jej własnych pragnień od rzeczywistych potrzeb córek. Żona chce wyrwać córki z ciepłego, bezpiecznego środowiska. Zdyscyplinowanego, lecz pełnego miłości, którego zasady sprawdzały się w każdych okolicznościach i w każdym kryzysie, którego metody sprawdziły się w wielu kolejnych generacjach i którego członkowie są ogólnie szczęśliwsi niż ludzie żyjący w świecie podporządkowanym konsumpcji, świecie, który szydzi z religijności, którego kultura poniża kobiety.

Ian McEwan - The Children Act

I co na to angielski sąd?

Saturday, August 19, 2017

Bardzo krótkie szczęśliwe życie

Kilka dni temu byłem na spotkaniu kółka czytelniczego w lokalnej bibliotece. Jedna z uczestniczek oznajmiła, że kilka dni wcześniej została babcią.
Po gratulacjach przyszedł czas na szczegóły. Okazało się, że jej córka urodziła bliźniaków, ale już kilka tygodni przed porodem lekarze powiadomili ją, że jeden z chłopców ma poważne wady ogranizmu i nie będzie zdolny do życia poza ciałem matki.
Urodził się - zwiastun - Gabriel Tomasz. Matka ucałowała go, założyła mu ubranko, utuliła i za kilka minut umarł.
Za niecałą godzinę urodził się drugi chłopiec - Jan Tomasz.

Wersja angielska TUTAJ.

Thursday, August 17, 2017

Kobiety Wietnamu

Od pobytu w Wietnami minęło ponad pół roku, ale pamięć trwa.
Na przykład tamtejsze kobiety...


Proszę kliknąć w obrazek aby przeczytać więcej.

Tuesday, August 15, 2017

Poczucie obowiązku

Na początku maja na naszej ulicy...
Wyszedłem wcześnie rano spiesząc do pracy u św Wincentego i zauważyłem coś dziwnego w pobliskim domu. Mieszka tam od niedawna młode małżeństwo pochodzenia chińskiego. Dwójka dzieci dobijała się do stojącego na ich terenie samochodu, słychać było warczenie silnika.
- Potrzebujecie jakiejś pomocy? - zapytałem.
Dzieci zignorowały moją obecność i nadal dobijały się i próbowały wyrwać wąż do podlewania ogrodu, który tkwił w wąskiej szparze między szybą a ramą drzwi.
- Co tam robi ten wąż? - zdziwiłem się i przyszło mi do głowy, że może w samochodzie zatrzasnęli jakąś roślinę i chcą ją podlać, albo może pieska. Słowo honoru, tak właśnie pomyślałem.
W tym momencie z domu wybiegła matka, jeszcze w koszuli nocnej. Szarpnęła za klamkę drzwi, ale najwyraźniej były zatrzaśnięte więc pobiegła spowrotem do domu. Dopiero wtedy zauważyłem, że drugi koniec węża tkwił w rurze wydechowej i zrozumiałem. Matka znowu wybiegła z domu, tym razem z kluczem, otworzyła drzwi samochodu, zgasiła silnik. Zauważyłem, że w samochodzie znajdował się młody mężczyzna, zapewne ojciec rodziny.
- Czy zawołać pogotowie? - zapytałem.
- Nie, ja już zawołałam - odpowiedziała matka.
Stałem bezradnie nie wiedząc co począć. W tym momencie z innego domu wybiegła młoda kobieta. Powiedziałem jej co się dzieje. Podeszliśmy razem do miejsca akcji.
- Czy zawołać pogotowie? - spytała kobieta. Matka dzieci nie zwracała na nas uwagi, wydawała dzieciom jakieś polecenia.
- Ta pani mówiła, że już wezwała pogotowie - wyjaśniłem.
W tym momencie z domu wybiegła chyba babcia dzieci z torbami szkolnymi. Z mundurków szkolnych wynikało, że dzieci chodzą do dobrych (czytaj drogich) szkół. Matka przepychała siedzącego w samochodzie mężczyznę na siedzenie pasażera.
- Zawiozę go do szpitala - to było wyjaśnienie dla nas.
W tym momencie uznałem, że moja obecność nie jest potrzebna, co conajwyżej jest krępująca, więc odszedłem.
Dopiero dzisiaj spotkałem tę sąsiadkę, drugiego świadka wydarzenia.
Ona jednak zadzwoniła po pogotowie i jeszcze przytuliła te dzieci, ale za chwilę matka wezwała je do samochodu, bo pora do szkoły. Sąsiadka odwołała pogotowie a wieczorem matka dzieci zapukała do jej drzwi z podziękowaniem. Przy okazji dodała, że jej mąż szybko doszedł do siebie i jeszcze tego samego dnia poleciał do Malezji gdyż następnego dnia zaczynał tam pracę.

Sunday, August 13, 2017

Niedzielne czytanie - spotkanie duchów

Tydzień temu zacytowałem małowartościowy fragment książki The Refugees wietnamskiego pisarza Viet Thanh Nguyen. Jest w tej książce nieco więcej.
W pierwszym opowiadaniu zawartym w książce  główną postacią jest ghostwriter - pisarz a wynajmowany do napisania autobiografii jakiejś słynnej osoby. Jak nazywa się taka osoba po polsku? Pisarz widmo?
Tym pisarzem widmo jest kobieta. Zyskuje ona sobie dobrą renomę, agenci zabiegają o jej usługi, ona jednak, przegladając napisane przez siebie cudze książki, szuka w nich choćby śladu swojego nazwiska.
Jej matka ma zupełnie inne podejście: dzięki bogu nigdzie nie ma twojego nazwiska - mówi. - Powiem ci coś - w naszym kraju (Wietnamie) był reporter, który napisał, że władze torturują ludzi w obozach. No i co? Rząd umieścił go w takim właśnie obozie, żeby sie przekonał. Tak dzieje się z ludźmi, którzy podpisują swoje relacje.

Od pewnego czasu ich dom odwiedza duch jej brata, który zginął podczas przeprawy przez morze. Informuje ją o tych wizytach matka, która czuje się bardzo swojsko w świecie duchów; duchy nie są podobne do nas, każdy jest inny. Dobre duchy, złe duchy, szczęśliwe duchy, smutne duchy. Duchy ludzi, którzy zmarli gdy byli starzy i takich, który zmarli w młodym wieku, jako dzieci. Czy myślisz, że duch dziecka będzie się zachowywał w taki sam sposób jak duch dziadka?

Po pewnym czasie bohaterka opowiadania, pisarka widmo, spotyka ducha swojego brata. Siedzi w fotelu, w ubraniu które poprzedniego dnia przygotowała dla niego matka.
- Dlaczego wróciłeś? - pyta bohaterka opowiadania.
- Nie wróciłem.
- Nie opuściłeś tego świata? Skinął potakująco głową.
- Dlaczego nie?
- Jak myślisz? Odróciłam wzrok.
- Próbowałam zapomnieć.
- Ale nie zapomniałaś.
......
- Powiedz mi, dlaczego ty umarłeś a ja żyję?
Popatrzył na mnie oczami, które nigdy nie wyschną, nie ważne jak długo bedą otwarte. Matka nie miała racji mówiąc, że nic sie nie zmienił. Zmienił się, te oczy były konserwowane tak długo w solance, że pozostaną na zawsze otwarte.
- Ty też umarłaś - powiedział - tylko o tym nie wiesz.

Friday, August 11, 2017

Nowy wymiar bohaterstwa

Któryś z moich facebookowych przyjaciół uznał za konieczne podzielenie się ze światem poniższą informacją



Na zdjęciu Agnieszka Holland stoi przed barierami mającymi ochraniać miesięczników smoleńskich.

Komentarz facebookowca: bohaterka... jedna przeciwko kohorcie zdziczałych policjantów.

Zastanawiam się w jaki sposób całe kohorty policjantów zdziczały w WOLNYM kraju.

No i w jaki sposób tyle osób postradało zmysły?


Tuesday, August 8, 2017

Doświadczenie emeryta

Gdy byłem młody i zdrowy i szczęśliwy, jeszcze w czasach PRL, opowiadano taki dowcip:
Jak spędzają czas emeryci w różnych krajach?
Anglik - wstaje rano, bierze butelkę whisky i spędza cały dzień z przyjacielem.
Francuz - wstaje rano, bierze butelke koniaku i spędza cały dzień z dawną kochanką.
Polak - wstaje rano, bierze butelkę moczu i spędza cały dzień w przychodni rejonowej.

Wczoraj był zimny i ponury dzień. Prawidłowo, środek zimy, ale ta australijska zima w Melbourne jakaś taka zimniejsza i bardziej dokuczliwa niż te Polskie.
Wstałem rano, wziąłem kartę ubezpieczenia zdrowotnego i udałem się do przychodni.
Mijałem kilka szkół. Dzieci w mundurkach, niektóre z gołymi nogami. Ograniczenie prędkości do 40 km/godz. Porządkowi w odblaskowych płaszczach zatrzymują samochody ilekroć na przejściu zgomadzi się kilkoro dzieci.



Przychodni rejonowych u nas nie ma, ja korzystam z usług takiej, która stosuje "bulk billing" czyli zadowala się tym co płaci państwowy fundusz zdrowia Medicare.
Na marginesie wspomnę, że zdecydowana większość lekarzy w tej przychodni to młodzi ludzie pochodzenia chińskiego.
Najpierw odwiedziłem lekarza domowego. Cel był banalny - wypisanie recept na leki, które biorę regularnie. Nawet nie zapisałem się do mojego stałego lekarza gdyż wizyta nie wymagała żadnego badania czy konsultacji.
Dlatego zdziwiłem się gdy lekarka spytała dlaczego biorę te właśnie leki. Gdy dowiedziała się, że mam problemy z pracą serca ożywiła się i zapytała czy nie chciałbym odwiedzić fizjoterapeuty.
Zdumiałem się - jasnowidz! Rzeczywiście wieczorem zaplanowana był wizyta u fizjoterapeuty
Lekarka widząc moją kosternację wyjaśniła:
- Państwowy fundusz zdrowia pokrywa niektóre zabiegi w przypadku osób z problemami serca. Fizjoterapeuta ma gabinet w tamtym korytarzu - wskazała kierunek ręką.
Widząc, że nie pojmuję o co chodzi spróbowała z innej strony.
- A może chcesz odwiedzić podiatrę? To też nic nie kosztuje. Sprawdzi ci stopy, może doradzi jakieś wkładki do butów?
No tak, teraz się nie dziwię, że fundusz zdrowia nie może związac konca z końcem.
Podziękowałem i skierowałem kroki do ambulatorium, na okresowe badanie krwi. Pielęgniarka poprosiła mnie do gabinetu gdzie siedziała jakaś młoda pani, chyba jej koleżanka. Obie z pochodzenia Hinduski.
Szykowała iglę, strzykawkę, a koleżanka zagadywała ją o kolory - zielony, szmaragdowy, może brązowy?
- Rozmawiamy o materiale na sari - wyjaśniła.
- Czy podoba ci się sari? - to było pytanie do mnie. Znowu zaskoczenie.
- Ech, tego, owszem, dodaje majestatu - bąkałem.
- No i ten goły brzuch - spojrzała na mnie badawczo.
- Zależy u kogo - odciąłem się.

Za kilka minut byłem na parkingu. Spojrzałem na zegarek. Minęło 20 minut. Pogoda nie zmieniła się. Dzieci nadal szły do szkół, ograniczenie prędkości, porządkowi z kamizelkach. A przede mną cały dzień.
Przypomniał mi się ten stary dowcip.
Może ta lekarka miała rację? Może lepiej było zostać na badanie stóp, odwiedzić fizjoterapeutę, porozmawiać o modelach i kolorach sari?
Jednak w tej PRL pomyśleli o wszystkim.

Sunday, August 6, 2017

Niedzielne czytanie - wartość rzeczy małowartościowych

"Kupić zawsze jest dobrze, bo albo kupisz droższe, czyli lepsze, 
albo tańsze, czyli też w jakiś sposób lepsze."
Dorota Masłowska - cytowane z pamięci.


Po doświadczeniach wietnamskich zwaracam więcej uwagi na książki pisane przez autorów z tego rejonu. Stwierdzam, że warto.

"Im więcej na rynku podróbek, tym bardziej ludzie, których nie stać na produkty oryginalne, chcą je kupić. A im więcej ludzi kupujących podróbki, tym bardziej rośnie wartość posiadania oryginałów. Każdy na tym wygrywa."
The Refugees - Viet Thanh Nguyen 


Wednesday, August 2, 2017

Środowe czytanie - wybór sędziów

Opuściło mnie natchnienie do pisania a jak nie ma natchnienia, to myśli potrafią zbłądzić na takie manowce jak porównania polityczno-prawne.

W Polsce obecnie istotnym tematem jest tryb wyboru sędziów. Zastanawiałem się jak ta sprawa wygląda w Australii, ale nie bardzo chciało mi się szukać.
Zrobił to ktoś za mnie - KLIK.

Okazuje się, że w Australii, hmmm.... jakby to powiedzieć... sędziów wybiera prokurator generalny (uwaga - minister sprawiedliwości to tutaj tylko tytularny urzędnik w urzędzie prokuratury) a zatwierdza parlament normalną większością głosów.
Na końcu jeszcze nominacje podpisuje gubernator reprezentujący królową, ale jest to czysta formalność, od 42 lat nie zdarzyło się, żeby gubernator nie podpisał jakiegoś aktu uchwalonego przez rząd.

Uwaga - wpis poprawiony!
W pierwotnej wersji napisałem z dużej litery tytuły wszystkich oficjalnych stanowisk. Takie są skutki dyktatury prokuratury.

Wednesday, July 26, 2017

Nieświadomi obywatele

Atmosfera polityczna w Polsce taka ciężka, że z ulgą czytam wiadomości o wydarzeniach w australijskiej polityce.
A tu właśnie wybuchła poważna afera. Dwóch senatorów reprezentujących partię Zielonych zrezygnowało ze swoich stanowisk gdyż stwierdzili, że posiadają podwójne obywatelstwo a w takim przypadku nie posiada się prawa zasiadania w senacie ani parlamencie.
Mało tego. Gdy wiadomość o tym wydarzeniu pojawiła się w mediach, matka ministra w rządzie federalnym zadzwoniła do syna: my chyba mamy problem - powiedziała. Okazało się, że kilka lat temu, bez jego wiedzy i zgody, załatwiła mu obywatelstwo włoskie.
Sprawdził - jest obywatelem Włoch. Właśnie zrezygnował z posady ministra. Więcej TUTAJ.

Obywatelsto kraju należącego do Unii Europejskiej, dla jednych marzenia, dla innych kłopot. Ciekawy jest ten świat.

Sunday, July 23, 2017

Niedzielne głaskanie - zwierzęta

Dzisiaj rano otrzymaliśmy smutną wiadomość od synowej. Ich pies - wyżeł, Asparagus - został uśpiony we wczesnych godzinach porannych.
Mieliśmy to smutne szczęście, że gościliśmy go wczoraj w naszym domu.
Smutne, gdyż Gus, tak go wołaliśmy, był całkowicie ślepy i zdezorientowany. Większość czasu spędził na posłaniu zawodząc z cicha.

Od dawna trapi mnie problem stworzenia zwierząt przez Boga.
Nie tyle samego stworzenia, ale cierpień jakich zwierzęta doznają w życiu.

Całe stworzenie tęskni bowiem za dniem wspaniałego objawienia się dzieci Boga. Wbrew swojej woli, ale z woli Boga, doświadcza ono skutków grzechu. Ma jednak nadzieję, że i ono zostanie uwolnione od przekleństwa śmierci i będzie żyć w wolności i chwale dzieci Boga. Wiemy bowiem, że po dziś dzień nawet przyroda ciężko wzdycha i doznaje bólów rodzenia. Zresztą i my, wierzący, choć posiadamy Ducha Świętego jako przedsmak przyszłej chwały, również ciężko wzdychamy, czekając na dzień pełnego wejścia do Bożej rodziny i na odkupienie naszych ciał!" - św Paweł - Listy do Rzymian - 8:19-23. - Źródło TUTAJ.

Całe stworzenie - pisze św Paweł - a zatem nie tylko ludzie, ale również zwierzęta... doświadcza skutków grzechu.
Z powyższego wynika, że wszystkiemu winni Adam i Ewa.

Pytanie pomocnicze: czym odżywiały się zwierzęta w Raju?
"Adam i Ewa opuszczali Raj ze wstydem i strachem. Towarzyszyły im zazdrosne spojrzenia zwierząt mięsożernych, które w raju musiały zadowolić się owocami i jarzynami jeszcze na dodatek udawać, że im to smakuje." - Jose Saramago - Kain.

Gdy spytać o cierpienia zwierząt księży to najczęściej ograniczają problem do traktowania zwierząt przez ludzi, czasem coś wspomną o wegeterianiźmie. A przecież przeważająca większość istot żyjących istnieje poza sferą ludzkiej konsumpcji. Większość tego towarzystwa egzystuje na zasadzie wzajemnego zjadania się i nie ma tu mowy o "ludzkim" traktowaniu.
Mało tego, nawet niektóre rośliny żywią się zwierzętami i robią to bez znieczulenia.

I to stworzył dobry i miłosierny Bóg?
Św Paweł robi głęboki unik - przedsmak przyszłej chwały, czekamy na odkupienie naszych ciał - dotyczy to zresztą tylko wierzących, o reszcie wspomnianego wcześniej stworzenia św Paweł nagle zapomiał.

Dzisiaj  w naszym kościele parafialnym kolejny tydzień zbierania podpisów pod petycją przeciwko wprowadzeniu eutanazji. Podpisałem. A co mi tam, Asparagus został uśpiony, a ludzie niech się jeszcze trochę pomęczą.

Sunday, July 16, 2017

Niedzielne czytanie - Łacina

Tydzień temu poszedłem na mszę w starym, łacińskim, obrządku.
Tylko jeden kościół w Melbourne oferuje taką możliwość - kościół św Alojzego - KLIK.


Za kościołem grota (Lourdes?) z Matką Boską.


Wewnątrz niektóre panie, nie wszystkie,  okrywają głowy.


Ta wizyta to oczywiście powrót do wspomnień.

Jednak tu było nieco inaczej.
Przypomnę, że w obrządku łacińskim są dwie rodzaje mszy - zwykła i suma (low Mass, High Mass) - ta druga jest śpiewana i bardziej ceremonialna. Oczywiście poszedłem na tę "wyższą" - sumę.
Mszę odprawiało trzech księży w asyście 6 osób.
Zaczęło się od procesji i okadzaniu ołtarza z wszystkich stron. Następnie zaczęła się normalna liturgia i wydała mi się nienormalna.
Celebrant stał w środku, oczywiście twarzą do ołtarza, tyłem do wiernych, a dwaj asystujący księża stali po bokach i trzymali poły jego szat. Ponieważ kościół był wąski robili wrażenie jakiejś grupy spiskowców, którzy zasłaniają się tymi szatami i coś tam mruczą, spiskują, odprawiają jakieś czary-mary.
Jestem przekonany, że wiele, wiele lat temu w Polsce wierni mieli większe udział w mszy.
Ewangelia została odczytana tylko po łacinie. Za moich młodych lat odczytywano ją również po polsku.

Tylko kazanie było po angielsku i słuchając go nie mogłem oprzeć się uczuciu, że moje pierwsze wrażenie - spisek - było słuszne.
Proboszcz parafii - ksiądz Glen Tattersalls - otwarcie zaatakował wszelkie reformy wprowadzane przez papieża Franciszka. Wydaje mi się, że użył sformułowania: od 4 lat (pontyfikat obecnego papieża) Kościół jest ofiarą przestępstwa.
Poprosiłem go emailem o tekst kazania, obiecał że mi je przekaże w najbliższych dniach, to sprawdzę.

Konkluzja - smutno mi, że moje wspomnienie z dzieciństwa nie potwierdziło się.
Nie pierwszy raz - najwyraźniej pamięć stwarza jakąś warstwę ochronną przez niedogodnościami rzeczywistości. Lepiej więc nie wystawiać jej na próbę.

Friday, July 14, 2017

Marsylianka

Dzisiaj święto narodowe Francji.



Pamiętam z bardzo dziecięcych lat jak matka śpiewała mi Marsyliankę. Po francusku.
To była ilustracja do opowieści o wojnach napoleońskich, do wiersza Artura Oppmana o księciu Józefie Poniatowskim.

Mój wnuk uczy się obecnie francuskiego w szkole. Jeszcze nie spotkałem przypadku żeby w szkole australijskiej ktoś nauczył się języka obcego.
Spytałem wnuka czy zna hymn francuski. Oczywiście nie zna. To według mnie tłumaczy tę nieudolność w uczeniu języków. Nas, w szkole w czasach PRL, uczono wielu wieszy i piosenek. Słowa i zwroty same wchodziły do głowy.
Inna sprawa, że nie uczono nas wierszy ani piosenek angielskich. Może słusznie, angielskie rymy nie są tak oczywiste. Piosenki w języku angielskim wtedy jeszcze nie opanowały świata - najpopularniejsza była Que sere sera.

Znalazłem więc Marsyliankę w google - o . Wnuk wysłuchał pierwszej zwrotki, melodia bardzo mu się podobała, na słowa nie zwrócił uwagi. Tymczasem słowa - nagranie wyświetla tekst po francusku i angielsku - zwróciłem uwagę na ten fragment:
"...Qu'un sang impur
Abreuve nos sillons!"
Sang impur - nieczysta krew! Toż to jakieś uprzedzenia rasowe.

Dosłowne tłumaczenie to:
"... niech nieczysta krew
 nawilży nasze pola
".

Polska wersja nieco to łagodzi "... by ziemię krwią napoić przyszedł czas".

Zastanowiłem się nad tym co napisałem powyżej: łagodzi.
Chyba jednak nie. Wersja francuska wyraźnie odnosi się do wrogów, którzy wkroczyli na francuską ziemię. Do najeźdźców. To było zgodne z faktami, utwór napisano w 1792 roku, w okresie wojny z I koalicją antyfrancuską.
Natomiast wersja polska - przyszedł czas by ziemię napoić krwią? Przecież to jest wyraźne napraszanie się żeby wróg przyszedł bo chcemy mu utoczyć trochę krwi. Rok 1792 - to rok II Rozbioru Polski. Od tego czasu wróg nawiedzał polskie ziemie dość często. Czyja krew nawilżała polskie ziemie to już osobna sprawa.

Pełen tekst - wersja angielska TUTAJ, wersja polska TUTAJ.

Wednesday, July 12, 2017

Widziane - czytane

Prawie miesiąc temu pisałem z entuzjazmem o filmie Zookeeper's Wife - KLIK.
Zwróciłem wtedy uwagę, że recenzje filmu były dość chłodne - nie pokazano całej grozy, pominięto istotne wątki.

Z treści komentarzy można było się domyślić, że komentatorzy przeczytali książkę przed obejrzeniem filmu.
Właśnie skończyłem czytać książkę i jestem bardzo zadowolony, że wcześniej obejrzałem film.

Autorka książki - Diane Ackerman - przeczytała pamiętniki żony dyrektora ZOO, Antoniny Żabińskiej, a następnie odwiedziła Polskę, spotkała wiele osób, które miały jakiś związek z warszawskim ZOO (między innym dzieci państwa Żabińskich) lub doświadczenia z czasów II Wojny Światowej, przejrzała wiele dokumentów. Wszystko to wykorzystała w swojej książce.
W rezultacie książka zawiera ogromną ilość informacji, niektóre z nich wcale nie wiążą się z historią ukrywania Żydów w warszawskim ZOO. Nie wszystko układa się w spoistą całość.
Przejrzałem recenzje książki - sporo osób narzeka, że gubią się w natłoku relacji i faktów. Ktoś określił książke jako "choppy" - jak wzburzone morze. Zgadza się, mocno trzęsie w czasie tej lektury.

Uważam, że reżyserka - Niki Caro z Nowej Zelandii - wykazała się doskonałym instynktem. Wybrała tylko jeden, najbardziej przemawiający do wyobrażni, wątek. Powstał zwarty w treści i wymowie film. To jest właściwa droga do serca i umysłu widza. Stwarza szansę, że kogoś zainteresuje ta tematyka, wtedy sięgnie po książkę lub do innych źródeł informacji o tych czasach i miejscach.

Książka podobnie jak film przedstawia Polskę i Polaków w bardzo pozytywnym świetle. To dla mnie ważne, gdyż poparta jest relacjami świadków, w większości Żydów.

Ostatnia uwaga - w filmie bardzo istotną rolę odgrywa dyrektor berlińskiego ZOO - Lutz Heck. Rolę demoniczną. Jak robi się źle, to pojawia się Lutz Heck i robi się jeszcze gorzej.
Tu twórcy filmu mocno pofantazjowali. Widocznie uznali, że publiczność wymaga tego rodzaju mocnych wrażeń.
W rzeczywistości rola  Lutza Hecka ograniczyła się tylko do rabunku zwierząt z warszawskiego ZOO. Autorka zauważa, że ta kradzież miała pewne dobre strony gdyż w ten sposób wiele zwierząt przeżyło bezpiecznie wojnę i po wojnie wróciło do Polski.

Zastanawiam się jakie są granice fantazji twórcy. Według mnie rodzina L. Hecka, jeśli takowa istnieje, miałaby podstawy wytoczyć twórcom filmu proces o zniesławienie przodka.

Sunday, July 9, 2017

Niedzielne czytanie - Kurs miłości

Tytuł książki Allaina de Botton - The Course of Love - można tłumaczyć na kilka sposobów.
Course - może oznaczać zarówno kurs szkoleniowy jak i ścieżkę. A również danie obiadowe.

Z poprzednio przeczytanych książek tego autora (Religion for the Atheists, How to talk more about sex) wiem że lubi udzielać porad o filozoficzno-psychologicznym charakterze. Jednak wszystkie jego książki posiadają żywą narrację, a więc jednak odbywamy z autorem drogę.

W przypadku The Course of Love jest ona bardzo wyraźna. Autor opisuje i komentuje losy dość przypadkowo dobranej pary: Rabih - Libańczyk z mieszanego małżeństwa, który osiedlił się w Szkocji. Kirsten - rodowita Szkotka, której ojciec opuścił rodzinny dom gdy miała 6 lat.

Ponieważ tematem jest miłość więc autor tropi wszelkie jej objawy.
Na wstępie zastrzega, że ma na myśli miłość romantyczną co według mnie jest istotnym ograniczeniem.

Istotą miłości romantycznej jest intuicja. Zauważamy kogoś, zwracamy uwagę na gest lub wyraz twarzy tej osoby. I nagle czujemy wyraźnie, że trafiliśmy na bratnią duszę, na osobę, któraby nas do końca zrozumiała i zaakceptowała.
Od tego zauważenia do spotkania i porozumienia się daleka droga. Wiele takich zauważeń nie ma szansy na ciąg dalszy, ile idea trwa. Wreszcie Rabih trafia na Kirsten - osobę o cechach, które obiecują skorygować jego słabości.  Zauważa również jej kruchość i obawy co dodaje pewności siebie - ona mnie też potrzebuje.

Związek rozwija się. Seks to przekroczenie kolejnego progu wzajemnego zaufania i akceptacji.

Propozycja małżeństwa. Autor słusznie zauważa, że w obecnych czasach, jeśli pominąć względy religijne, małżeństwo nie jest do niczego potrzebne. Dlaczego więc Rabih i Kirsten biorą ślub?
Odpowiedź autora: chęć popełnienia wspólnie szalonego czynu. Wejście na ścieżkę, na której, jeśli się nie uda, oboje zginiemy.
Muszę stwierdzić, że to dramatyczne stwierdzenie mocno mnie zaskoczyło.
Oboje zginą? W sensie romatycznej idei może tak, ale przecież wiele małżeństw rozpada się i obie strony potrafią sobie całkiem dobrze urządzić dalsze życie.
Osobiście brałem ślub w zupełnie innych czasach więc trudno mi coś powiedzieć na ten temat.
Na szczęście autor dyskretnie podpowiada - obawa samotności - a więc nie tylko miłość.

Życie razem. Niespodziewanie pojawiają się nieporozumienia, brak zgody, złość, rozczarowanie. A przecież romantyczna miłość to cudowne obopólne uczucie, że widzimy wszystko tak samo, że nie trzeba niczego uzgadniać, tłumaczyć.
Dąsanie się, zamknięcie się w sobie z własną złością - on/ona powinna sama zrozumieć.
Dziecięce poczucie konieczności bycia zrozumianym bez słów - wewnątrz jestem dzieckiem i w tej chwili potrzebuję  żebyś był(a) moim rodzicem.

Uwaga: fragmenty pisane kursywą to cytaty z książki. Jednak ich dobór to już mój kaprys.

Wierność seksualna. Tutaj autor powołuje się na tradycję religijną przejętą bezdyskusyjnie przez romantyczną miłość.
Jednak wpleciony w opowieść pozamałżeński incydent nie bardzo wpasowuje się w tę zasadę.

Powraca temat nieporozumień, gniew, obwinianie partnera/partnerki o nasze niepowodzenia - poczucie, że osoba której się powierzyliśmy jest odpowiedzialna za wszystko co się nam przytrafiło.
Niesłuszne oskarżenia są wyrazem tego zawierzenia, oddania się w zastaw. Stawiamy takie wymagania naszym partnerom gdyż mamy wiarę, że ktoś kto rozumie naszą ukrytą stronę jest w stanie załatwić wszystkie nasze problemy - jak rodzice dziecku.

Już dwa razy wpomniałem o relacji dziecko - rodzice, a więc pora żeby Rabih i Kirsten mieli własne dziecko.
Rodzicielstwo jest odkryciem, że romantyczna miłość jest tylko wąskim aspektem życia emocjonalnego, ukierunkowanym na znajdowanie miłości raczej niż jej dawanie. Dzieci mogą się okazać nauczycielami nowego rodzaju miłości, w której nie wymaga się wzajemności, a której celem jest wyjście poza siebie dla dobra kogoś innego.

Dzieci uczą nas, że miłość, w swojej czystej formie, jest służbą. Jakże to sprzeczne z obecną, ukierunkowana na zaspokajanie własnych potrzeb, kulturą. Stwierdzamy nagle, że bycie czyimś sługą nie jest poniżające, przeciwnie - uwalnia nas od męczącej odpowiedzialności za ciągłe dbanie o swoje wygody. Co za ulga  żyć dla czegoś ważniejszego niż my sami.

Mijają 3 lata i pojawiają się rozczarowania - dzieci nie spełniają oczekiwań rodziców. I wzajemnie. 
Konkluzja jest dość zaskakująca: gdyby dobroć rodziców wystarczała, rasa ludzka zatrzymałaby się w rozwoju i uschła. Przetrwanie gatunku wymaga aby dzieci miały dosyć własnych rodziców i odeszły z nadzieją znalezienia bardziej zadowalających źródeł miłości i emocji.

Wreszcie, po 16 latach bycia razem, Rabih i Kirsten osiągają dojrzałość, która wydaje się być mieszanką zmęczenia i rezygnacji.
Rabih dochodzi do wniosku, że dopiero teraz jest gotowy do małżeństwa. W samą porę, bo jeszcze wiele lat przed nimi a sił coraz mniej.

Czytając tę książkę nie mogłem oprzeć się pokusie lekkiej modyfikacji tytułu - The curse of love - przekleństwo miłości.

Recenzja książki TUTAJ.

P.S. I jeszcze relacja o miłości, która potwierdza moją uwagę - są różne rodzaje miłości - KLIK.

Wednesday, July 5, 2017

Wielkie Litery w Muzyce

Gdy byłem w szkole średniej nasz, rozmiłowany w muzyce, nauczyciel niemieckiego opowiedział nam taką anegdotę:

Na plakacie w filharmonii w Paryżu ktoś napisał:
Trzy wielkie B - Bach, Beethoven, Berlioz!
Wszyscy inni są kretynami.

Pod spodem ktoś dopisał:
Trzy wielkie M - Mendelssohn, Meyerbeer, Moszkowski!
Wszyscy inni są chrześcijanami.

Przypomniały mi się językowe rozważania o chrześcijaństwie z zeszłego tygodnia.

Nasz nauczyciel był poliglotą i już ciszej, może tylko dla mnie, zaprezentował wersję oryginalną:
Trois grandes B - Bach, Beethoven, Berlioz!
Tous les autres sont des crétins.

Trois grandes M - Mendelssohn, Meyerbeer, Moszkowski!
Tous les autres sont chrétiens.

Było to dla mnie sporym fonetycznym zaskoczeniem.

Sunday, July 2, 2017

Niedzielne czytanie - Chrześcijanie.

Chrześcijanie - skąd ta nazwa?
Coś mi tu chrzęści Janie - że to słowo pochodzi od chrztu i to od chrztu udzielonego przez Jana, Jana Chrzciciela.

Sprawdziłem jak to wygląda w innych językach europejskich.
Grecki -  chrześcijanin = Χριστιανός - kristianos;   chrzest - βάπτισμα - baptisma
Łacina - Kristiana; chrzest - baptismus
Francuski  - chrétien;   chrzest - baptême
Niemiecki - Christian;  chrzest - Taufe
Angielski  - Christian;  chrzest - baptism
Rosyjski  -  Кристиан - kristian;  chrzest - крещение - kreszczenje.

Wikipedia, na przykład angielska, podaje, że słowo Christian oznacza osobę, która "... who follows or adheres to Christianity".
Etymologia: The Greek word Χριστιανός (Christianos), meaning "follower of Christ", comes from Χριστός (Christos), meaning anointed one - namaszczony (pomazaniec).
Wersja polska powtarza to samo choć oko i ucho temu przeczą.

Idąc tym tropem, określenie to w języku polskim powinno brzmieć chrystusowiec.
Chrystusowcy - KLIK - to jednak mogą być członkowie protestanckiego Kościoła Chrystusowego lub członkowie rzymskokatolickiego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej.

Natomiast słowo chrześcijanin bardziej kojarzy mi się z Baptystami a to już osobny, protestancki, ruch religijny.

Moim, niepotwierdzonym nigdzie, zdaniem termin chrześcijaństwo powstał w wyniku ceremonialnego chrztu całego narodu. Narzucona siłą oficjalna ceremonia wyprzedziła dotarcie Ewangelii do serc i rozumów.

Często spotykam się ostatnio ze stwierdzeniem, że polscy chrześcijanie są takimi tylko z nazwy a w praktyce nie naśladują Chrystusa.
A dlaczego mieliby naśladować?
Postępują zgodnie ze swoją nazwą. Wszak na początku było SŁOWO.

P.S. Jeszcze kilka przykładów
Czeski: Chrystus - Kristus; chrześcijanin: křesťan;  chrzest - krest.
To przecież  od Czechów przyszło do nas chrześcijaństwo. Czesi wszystkiemu winni!
Podobnie jest w języku słowackim, chorwackim, ale nie w słoweńskim czy bułgarskim.
Również Węgrzy są nam bratankami w wierze.
Węgierski - Chrystus: Krisztus; chrześcijanin: keresztény;  chrzest - keresztség.

Friday, June 30, 2017

Zauważone w kiosku

Prawie miesiąc temu, odwiedzając kiosk, żeby potwierdzić swoją kolejną przegraną w totolotka, zauważyłem ten nagłówek...


Wojna 6-dniowa. 
Przypomnę: rok 1967, pod koniec maja Zjednoczona Republika Arabska - krótkotrwała unia Egiptu, Syrii i Jordanii, której przewodniczył prezydent Egiptu Gamal Abdul Nasser - zablokowała Cieśninę Tiran i rozlokowała potężne siły militarne (ponad 250,000 osób) na granicy Izraela. Reakcją Izraela był niezapowiedziany atak lotnictwa, który całkowicie zniszczył egipskie siły powietrzne. Po nim nastąpił atak sił lądowych. W ciągu 5 dni wojska Izraela pokonały całkowicie zdezorientowane wojska arabskie, zajęły cały Półwysep Synaj, należące do Syrii Wzgórza Golan i należący do Jordanii Zachodni Brzeg (w tym całą Jerozolimę). Straty Izraela - niecałe 1,000 żołnierzy, straty arabskie ponad 20 razy większe. Szczegóły tutaj - KLIK.

Kupiłem gazetę i zamiast ją czytać sięgnąłem do wspomnień. 
Rok 1967 - toż wtedy dostaliśmy mieszkanie. Prawie przez 2 lata mieszkaliśmy kątem u teściów a teraz wreszcie na własnym (to znaczy spółdzielczo-lokatorskim). Urządzaliśmy się a przy okazji poznałem bliżej kolegów z pracy, którzy dostali mieszkania w tym samym bloku.
Polityką niezbyt się interesowałem choć oczywiście dzięki, moim zdaniem bardzo dobremu, dziennikowi radiowemu orientowałem się nieźle co się dzieje na świecie.
Związek Radziecki zdecydowanie popierał prezydenta Nassera, który prowadził w Egipcie socjalistyczną politykę - obalenie monarchii, reforma rolna, upaństwowienie Kanału Sueskiego, wielkie inwestycje (np. tama Assuańska). Nie tylko popierał, ale również zbroił, podobnie jak Syrię i Irak.
Nic dziwnego, że pod koniec maja pojawiły się informacje o kryzysie na Bliskim Wschodzie popierające niezbyt wyraźnie sprecyzowane stanowisko krajów arabskich. Faktyczne stanowisko to była likwidacja państwa Izrael.
Zapamiętałem, że w tych dniach, znajomy z pracy, z którym właściwie nie miałem nigdy bliższego kontaktu, nagle zaprosił mnie do swojego mieszkania, wyciągnął atlas.
- Popatrz pan, na co te Żydki się porywają. Patrz pan, ten Izrael to ziarnko piachu na pustyni. Na co oni liczą? Nie mają żadnych szans.
Spojrzałem na niego - miał wypieki na twarzy. Skąd takie emocje? - zdziwiłem się - może on jest antysemitą.
Kilka dni później było po wszystkim. Nie pamiętam jak to komentowała prasa, ale mój znajomy był pełen uznania. Znowu zaprosił mnie do mieszkania, nawet poczęstował herbatą. Mówił niewiele, tylko kręcił z niedowierzaniem głową, ale jednak z podziwem i szacunkiem.

Według mnie taki był powszechny odbiór. Nagle pojawiło się wielu ekspertów wychwalających izraelską armię. Nie bez znaczenia była opinia, że trzon tej armii stanowią żołnierze żydowskiego pochodzenia, którzy zdezerterowali z Armii Andersa.
Krążyła anegdota, że egipski wywiad nie mógł w żaden sposób złamać kodu, którym zaszyfrowane były depesze izraelskiej armii. A one były po prostu pisane po polsku.

Sprawdziłem fakty. Rzeczywiście w okresie przebywania Armii Andersa w Palestynie ze służby zrezygnowało około 2,000 żołnierzy, znaczna część zdezerterowała. Generał Anders i premier Sikorski dali na to milczącą zgodę co spowodowało pewien konflikt z dowództwem angielskim.
Najbardziej znaczącym ubytkiem Armii Andersa był na pewno Mieczysław Biegun, który jako Menachem Begin został w 1977 roku prezydentem Izraela - KLIK.
M. Biegun nie zdezerterował, złożył formalną rezygnację. Inna sprawa, że generał Anders wydał poufne zalecenie, żeby wszystkie takie rezygnacje akceptować.
Menachem Begin był bardzo aktywny w dzialalności podziemnych organizacji paramilitarnych w okresie poprzedzającym powstanie państwa Izrael. Ich głównym celem była brytyjska administracja Palestyny. M. Begin był szefem organizacji Irgun w okresie ataku bombowego na hotel King Dawid w Jerozolimie, w którym znajdowały się biura administracji brytyjskiej. Zginęło 91 osób - KLIK.

Kilka tygodni po zakończeniu wojny w prasie i radio pojawiły się komentarze, że wiele poważnych stanowisk w ministerstwach Obrony i Spraw Zagranicznych zajmują osoby, które mają przekonania polityczne niezgodne z generalną linią polskiej polityki.
Znowu anegdota zasłyszana w pracy: przewodniczący ONZ poprosił, żeby polska delegacja nosiła stroje krakowskie. Dlaczego? Bo nie można jej odróżnić od delegacji Izraela.

Wkrótce potem relacje prasowe były już jednoznaczne - syjoniści są wśród nas.

Po tych wspomnieniach zabrałem się do czytania gazety The Australian Jewish News.
Po pierwsze zdjęcie w nagłówku - to trzej żołnierze, którzy pierwsi dotarli do Ściany Płaczu, która znajdowała się w jordańskiej części Jerozolimy.
Wszyscy trzej jeszcze żyją. Ich relacja: "Posuwaliśmy się wąskimi uliczkami zabudowanymi arabskimi domami, nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Przeszliśmy przez wąską żelazną bramę i nagle zobaczyliśmy ją - Ha Kotel - KLIK. To nie był tak jak teraz otwarty plac, była okrążona domami. Mieliśmy łzy w oczach gdy zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy w miejscu, na które czekaliśmy 2,000 lat". 

Mosze Dajan, ówczesny Minister Obrony Izraela, powiedział: "Wczoraj nie byłem osobą religijną i jutro nią nie będę, ale dzisiaj nie mogę powiedzieć niczego innego, tylko że byliśmy świadkami cudu".

Kartkuję gazetę dalej. Na środkowych stronach dyskusja. Z jednej strony:czas zakończyć okupację (Zachodniego Brzegu). Z drugiej: wezwania do wycofania się Izraela są naiwne...



Tematy wspomniane w książce Judasz są nadal żywe.

Tuesday, June 27, 2017

Czy tenisowy kort może nosić imię Margaret Court?

Australijka Margaret Court to najbardziej utytułowana tenisistka wszechczasów - 62 zwycięstwa w wielkoszlemowych turniejach - KLIK. Żaden mężczyzna nie zbliżył się do tej liczby, prowadzi Roy Emerson - 28 tytułów.
Nic więc dziwnego, że w jej imieniem nazwano jeden z kortów w kompleksie, na którym rozgrywany jest turniej Australian Open - KLIK.
Cały kompleks nosi imię Rod Laver Arena. Rod Laver wygrał tylko 11 turniei wielkoszlemowych, ale jest jedynym tenisistą, który wygrał dwukrotnie Wielkiego Szlema - wszystkie 4 turnieje wygrane w jednym sezonie.

W tym roku Margaret Court zdobyła sławę w innej dziedzinie. Po zakończeniu kariery tenisowej Margaret poświęciła się działalności religijnej w ramach Kościoła Zielonoświątkowego (Pentecostal Church). W ramach swojej działalności zdecydowanie sprzeciwiała się legalizacji małżeństw jednopłciowych. Za słowami poszły czyny - Margaret Court zadeklarowała, że nie będzie korzystać z usług linii lotniczej Qantas gdyż jej kierownictwo popiera małżeństwa jednopłciowe - KLIK.

W starych, dobrych czasach byłaby to pewnie burza w szklance wody. Co to kogo obchodzi? Inna sprawa, że Margaret Court może mieć trudności w znalezieniu odrpowiedniej dla siebie linii lotniczej.
Ale mamy nowe, lepsze czasy a ich atrybutem jest wszechobecność mediów i nagłaśnianie każdej potencjalnej kontrowersji. Margaret Court trafiła na czołówki gazet. Rezultat był łatwy do przewidzenia - liczne głosy żeby zmienić nazwę kortu.

W zeszłym tygodniu Margaret Court była zaproszona w charakterze prelegenta na spotkaniu Partii Liberalnej. Wzbudziło to gwałtowne protesty - KLIK - i w końcu nikt nie wie czy zaproszona dotarła na to spotkanie.

Typowe dla fanatyków wolności - tępić każdego, kto tę wolność interpretuje inaczej.
Szczególnie dziwią (i denerwują) mnie ataki na instytucje religijne. Każda wiara ma swoje zakazy - kropka.

Jakie jest moje stanowisko w tej sprawie?
Jeśli chodzi o nazwę kortu, to zdecydowanie jestem za jej utrzymaniem. Rozliczajmy sportowców z wyników a nie z poglądów.
Małżeństwa jednopłciowe? Nie złożę oficjalnej deklaracji na ten temat, z przekory, gdyż składanie takich deklaracji stało się nieomal obowiązkowe - patrz dygresja.
Wspomnę tylko stare, dobre czasy. W tamtych czasach, o osobach , które miały tylko ślub cywilny, mówiono, że żyją na "kocią łapę". W takim razie dlaczego przejmować się tym czy są jedno czy dwupłciowi?

Dygresja. Nie po raz pierwszy zauważyłem, że osoby publiczne - na wysokich stanowiskach lub celebryci - czują się zobowiązane do deklaracji poglądów na sprawy, które nie należą do ich kompetencji.
Mało tego, wywierany jest na nie nacisk żeby te poglądy zadeklarowały. W przypadku homoseksualizmu i małżeństw jednopłciowych nacisk ten jest wyjątkowo silny.
Jeśli chodzi o rząd australijski - obecnie rządzi Partia Liberalna - to oficjalne stanowisko brzmi: ogłosimy referendum gdy uznamy, że Australijczycy są na to gotowi.
Te wątpliwości na temat gotowości, to obawy, że przy obecnym stanie umysłów mogłoby dojść do zamieszek.
Lobby homoseksualne zdecydowanie sprzeciwią się referendum, żąda głosowania w parlamencie. To zrozumiałe - referendum trudno kwestionować, poza tym jest anonimowe. W przypadku głosowania w parlamencie będzie można dręczyć każdego posła za jego wybór - zarówno za jak i przeciw.

Sunday, June 25, 2017

Niedzielne czytanie - Judasz

Judasz to bardzo zagadkowa postać.
Na lekcjach religii nie poświęcano mu wiele uwagi - zdrajca, fałszywy pocałunek, 30 srebrników, lepiej gdyby się nie urodził.
Te 30 srebrników i judaszowy pocałunek stały się przysłowiowe, podobnie jak umycie dłoni przez Piłata.

Dopiero wiele lat później przyszła refleksja.
Po pierwsze - po co ta zdrada?
Przecież Jezus nie krył się ze swoimi naukami. Występował publicznie, Dlaczego mieliby go poszukiwać w ogrodzie i aresztować w nocy? Dlaczego ktoś musiał go identyfikować?
Po drugie - wolna wola.
Jezus mówi podczas ostatniej wieczerzy, że wśród apostołów znajduje się zdrajca. Czy to nie jest predestynacja? Do momentu zdrady pozostało kilka godzin. Przecież Judasz mógł w tym czasie zmienić decyzję. No właśnie - czy mógł?
Po trzecie, choć to pokrywa się z drugim - skazanie Jezusa na śmierć to był Boży plan. Dlaczego Bóg umieścił w swoim planie totalną klęskę jakiegoś człowieka?

Niedawno zwróciła moją uwagę książka Amosa Oz - Judas - KLIK.

Jak Jezusa widzą Żydzi?
To temat pracy magisterskiej bohatera książki, Shmuela Asha,

Żydzi zauważyli Jezusa dość późno. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą od Józefa Flawiusza urodzonego kilka lat po ukrzyżowaniu. Są to bardzo krótkie wzmianki. Cała historia - nauczanie, cuda, ukrzyżowanie, pogłoski o zmartwychwstaniu - wszystko opisane w kilku linijkach. Wygląda na to, że był to drobny incydent, który nie zostawił śladów w pamięci ludzkiej.

Dopiero chrześcijaństwo uprzytomniło Żydom wagę tej postaci.
Żaden Żyd nie miał takiego wpływu na losy świata jak Jezus.
Niestety jednocześnie miał ogromny negatywny wpływ na losu Narodu Wybranego.

Pierwsze wzmianki Żydów o Jezusie pochodzą z VIII wieku, z Hiszpanii. Są to wzmianki dość ironiczne. Oczywiście kwestionują boskość Jezusa, która jest pogwałceniem pierwszego z 10 przykazań. To mogło zyskać przychylność Muzułmanów gdyż Jezus, jako prorok, jest wspomniany kilkakrotnie w Koranie.

Wróćmy do książki Amosa Oz.
Shmuel przeżywa kryzys - rzuciła go narzeczona, ojciec zbankrutował i nie może finansować jego studiów, rozpadła się lewicowa grupa studencka, w której się udzielał.
W odpowiedzi Shmuel rzuca studia i podejmuje pracę znalezioną na tablicy ogłoszeń na uniwersytecie.
Dziwna to praca - dotrzymywać przez 5 godzin dziennie towarzystwa starszemu, niepełnosprawnemu mężczyźnie. W zamian za to mieszkanie i drobne wynagrodzenie.

Miejsce pracy to dom przypominający barczystego mężczyznę w ciemnym kapeluszu, który na klęczkach szuka czegoś w błocie.

Mężczyzna potrzebujący towarzystwa, pan Wald, jest brzydki, szeroki w barach, wykrzywiony i pogarbiony. Nos ostry jak dziób głodnego ptaka, szczęka wykrzywiona na kształt sierpa. Oczy osadzone głęboko pod gęstymi, urwistymi, białymi brwiami, które wyglądały jak wełnisty szron. Sumiaste, einsteinowskie wąsy jak zaspa śnieżna.

Pracodawca, a raczej pracodawczyni, pojawia się w nieoczekiwanych momentach, na krótko, ale to wystarcza, aby wprowadzić do powieści delikatny powiew erotyzmu.

Obowiązki:
Pan Wald to nocny stwór. Obowiązki zaczynają się o 5 po południu - usiąść z nim w bibliotece i rozmawiać, nie unikać kontrowersji. Tu czajnik, esencja, cukier, herbatniki, O 7 wieczorem podgrzać owsiankę, którą przygotowuje sąsiadka, Sarah de Toledo. O 10 przypomnieć o lekarstwach. O 11 przygotować termos pełen gorącej herbaty i to koniec twoich obowiązków. Pan Wald może mówić do siebie w nocy, krzyczeć, nawet płakać. Nie zwracaj na to uwagi.
Owsianki powinno wystarczyc dla was dwóch. Możesz korzystać z zapasów żywności w kuchni i lodówce. W pobliżu, na Ussishkin Street, jest niewielka wegetariańska restauracja.
To wszystko.

Każdego ranka Shmuel wstaje z łóżka, bierze prysznic, pudruje swoją gęstą brodę wonnym talkiem. Zjada śniadanie i rozmyśla.
Między innymi o Jezusie, ale coraz częściej jego uwaga koncentruje się na Judaszu.
Wielu chrześcijan nie kojarzyło osoby Jezusa z Żydami. Natomiast nie mieli wątpliwości co do żydowskiego pochodzenia Judasza.
Spójrzmy na obraz Ostatnia Wieczerza. Większość osób to blondyni Tylko Judasz ma rysy kojarzące się ze stereotypem Żyda.


Swoją drogą Judasz był w tym towarzystwie wyjątkiem. Jezus i wszyscy apostołowie byli Galilejczykami, Judasz pochodził z Judei.
Warto zaznaczyć, że Galilea mocno różniła się od ówczesnej Judei i Izraela. Są to tereny położone znacznie wyżej dzięki czemu jest tam chłodniej, częściej padają deszcze, w rezultacie jest to urodzajna kraina.
Galilea graniczy z Libanem i ponad 500 lat była poza wpływami Izraela. To spowodowało spore rozluźnienie obyczajów i pomieszanie etniczne.
Kapłani w Jerozolimie nie zwracali zbytniej uwagi na wydarzenia w tej prowicji. Roiło się tam od samozwańczych proroków i cudotwórców. Jednak Jezus wydawał się przyciągać większe tłumy niż inni.

Shmuel Ash rozmyśla nad tym i dochodzi do elektryzującej konkluzji - kapłani nakłonili Judasza z Kariothu, zamożnego, wykształconego, trzeźwo myślącego człowieka, żeby przebrał się w ubogie szaty i dołączył do grupy wyznawców Jezusa jako szpieg.
Przyniosło to zupełnie nieoczekiwane skutki. Postać Jezusa oczarowała Judasza i niespodziewanie Judasz stał się najbardziej żarliwym uczniem Nazarejczyka. Poczuł potrzebę wyprowadzenia Jezusa z prowincjonalnej Galilei i przedstawienia go całemu Narodowi. Niech Go pozna Jerozolima, niewątpliwie po pierwszym spotkaniu wszyscy padną na kolana i nadejdzie Królestwo Niebieskie.
Jezus wcale nie chce wybierać się do Jerozolimy, obawia się, nie czuje się na siłach. Ale Judasz wierzy w Niego bezgranicznie. Judasz, pierwszy chrześcijanin. Wierzy tak mocno, że Jezus ulega namowom.
Śmierć Jezusa na krzyżu jest dla Judasza śmiertelnym ciosem. Wiesza się na uschniętym drzewie figowym. Tym, o którym pisałem tu 2 tygodnie temu.

Tłem do tej historii jest zimowa Jerozolima. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że może tam być zimno, że może nawet padać śnieg.
Jest rok 1959 jeszcze świeże są wydarzenia z 1947 roku - powstanie państwa Izrael. Okazuje się, że stali mieszkańcy domu nr 17 przy ulicy Rabbiego Elbaza mają bardzo silne powiązania z tym wydarzeniem. Że bardzo bliska im osoba była w ścisłym gronie działaczy syjonistycznych. Była zdecydowanym przeciwnikiem konfliktu z Arabami, oponentem Ben Guriona. W rezultacie została uznana za zdrajcę, usunięta z wszystkich organizacji żydowskich, usunięta z dokumentacji historycznej.

Amos Oz wie o czym pisze, on również jest zwolennikiem porozumienia i współpracy ze światem arabskim. Jemu też niektórzy zarzucają zdradę.

Dygresja. Wychowywałem się w bardzo katolickim środowisku, ale nie zauważyłem specjalnie antysemityzmu i prawie nigdy nie wiązał się on z ukrzyżowaniem i zdradą Judasza.
Moje obserwacje potwierdza Hannah Arendt - KLIK. W swojej książce The Origins of Totalitarianism, w rodziale o antysemityźmie, wyraża pogląd, że jego źródłem było osiągnięcie przez Żydów dużych wpływów społecznych, ekonomicznych i politycznych w obcych im środowiskach.

P.S1. Prawdopodobnie czytelników, podobnie jak mnie, rozbawił napis nad głową Jana - John (Not Marry). Chodzi o liczne podejrzenia, że po prawicy Jezusa siedziała Maria Magdalena a nie o to żeby nie wychodzić za Jana za mąż.
P.S2. W cytowanym ogłoszeniu o pracy jest błąd. Wspomniane jest tam 5 godzin pracy podczas gdy w specyfikacji obowiązków praca trwa od 5. do 11., czyli 6 godzin. Samo życie.

Recenzja Polityki - KLIK.