Sunday, July 16, 2017

Niedzielne czytanie - Łacina

Tydzień temu poszedłem na mszę w starym, łacińskim, obrządku.
Tylko jeden kościół w Melbourne oferuje taką możliwość - kościół św Alojzego - KLIK.


Za kościołem grota (Lourdes?) z Matką Boską.


Wewnątrz niektóre panie, nie wszystkie,  okrywają głowy.


Ta wizyta to oczywiście powrót do wspomnień.

Jednak tu było nieco inaczej.
Przypomnę, że w obrządku łacińskim są dwie rodzaje mszy - zwykła i suma (low Mass, High Mass) - ta druga jest śpiewana i bardziej ceremonialna. Oczywiście poszedłem na tę "wyższą" - sumę.
Mszę odprawiało trzech księży w asyście 6 osób.
Zaczęło się od procesji i okadzaniu ołtarza z wszystkich stron. Następnie zaczęła się normalna liturgia i wydała mi się nienormalna.
Celebrant stał w środku, oczywiście twarzą do ołtarza, tyłem do wiernych, a dwaj asystujący księża stali po bokach i trzymali poły jego szat. Ponieważ kościół był wąski robili wrażenie jakiejś grupy spiskowców, którzy zasłaniają się tymi szatami i coś tam mruczą, spiskują, odprawiają jakieś czary-mary.
Jestem przekonany, że wiele, wiele lat temu w Polsce wierni mieli większe udział w mszy.
Ewangelia została odczytana tylko po łacinie. Za moich młodych lat odczytywano ją również po polsku.

Tylko kazanie było po angielsku i słuchając go nie mogłem oprzeć się uczuciu, że moje pierwsze wrażenie - spisek - było słuszne.
Proboszcz parafii - ksiądz Glen Tattersalls - otwarcie zaatakował wszelkie reformy wprowadzane przez papieża Franciszka. Wydaje mi się, że użył sformułowania: od 4 lat (pontyfikat obecnego papieża) Kościół jest ofiarą przestępstwa.
Poprosiłem go emailem o tekst kazania, obiecał że mi je przekaże w najbliższych dniach, to sprawdzę.

Konkluzja - smutno mi, że moje wspomnienie z dzieciństwa nie potwierdziło się.
Nie pierwszy raz - najwyraźniej pamięć stwarza jakąś warstwę ochronną przez niedogodnościami rzeczywistości. Lepiej więc nie wystawiać jej na próbę.

Friday, July 14, 2017

Marsylianka

Dzisiaj święto narodowe Francji.



Pamiętam z bardzo dziecięcych lat jak matka śpiewała mi Marsyliankę. Po francusku.
To była ilustracja do opowieści o wojnach napoleońskich, do wiersza Artura Oppmana o księciu Józefie Poniatowskim.

Mój wnuk uczy się obecnie francuskiego w szkole. Jeszcze nie spotkałem przypadku żeby w szkole australijskiej ktoś nauczył się języka obcego.
Spytałem wnuka czy zna hymn francuski. Oczywiście nie zna. To według mnie tłumaczy tę nieudolność w uczeniu języków. Nas, w szkole w czasach PRL, uczono wielu wieszy i piosenek. Słowa i zwroty same wchodziły do głowy.
Inna sprawa, że nie uczono nas wierszy ani piosenek angielskich. Może słusznie, angielskie rymy nie są tak oczywiste. Piosenki w języku angielskim wtedy jeszcze nie opanowały świata - najpopularniejsza była Que sere sera.

Znalazłem więc Marsyliankę w google - o . Wnuk wysłuchał pierwszej zwrotki, melodia bardzo mu się podobała, na słowa nie zwrócił uwagi. Tymczasem słowa - nagranie wyświetla tekst po francusku i angielsku - zwróciłem uwagę na ten fragment:
"...Qu'un sang impur
Abreuve nos sillons!"
Sang impur - nieczysta krew! Toż to jakieś uprzedzenia rasowe.

Dosłowne tłumaczenie to:
"... niech nieczysta krew
 nawilży nasze pola
".

Polska wersja nieco to łagodzi "... by ziemię krwią napoić przyszedł czas".

Zastanowiłem się nad tym co napisałem powyżej: łagodzi.
Chyba jednak nie. Wersja francuska wyraźnie odnosi się do wrogów, którzy wkroczyli na francuską ziemię. Do najeźdźców. To było zgodne z faktami, utwór napisano w 1792 roku, w okresie wojny z I koalicją antyfrancuską.
Natomiast wersja polska - przyszedł czas by ziemię napoić krwią? Przecież to jest wyraźne napraszanie się żeby wróg przyszedł bo chcemy mu utoczyć trochę krwi. Rok 1792 - to rok II Rozbioru Polski. Od tego czasu wróg nawiedzał polskie ziemie dość często. Czyja krew nawilżała polskie ziemie to już osobna sprawa.

Pełen tekst - wersja angielska TUTAJ, wersja polska TUTAJ.

Wednesday, July 12, 2017

Widziane - czytane

Prawie miesiąc temu pisałem z entuzjazmem o filmie Zookeeper's Wife - KLIK.
Zwróciłem wtedy uwagę, że recenzje filmu były dość chłodne - nie pokazano całej grozy, pominięto istotne wątki.

Z treści komentarzy można było się domyślić, że komentatorzy przeczytali książkę przed obejrzeniem filmu.
Właśnie skończyłem czytać książkę i jestem bardzo zadowolony, że wcześniej obejrzałem film.

Autorka książki - Diane Ackerman - przeczytała pamiętniki żony dyrektora ZOO, Antoniny Żabińskiej, a następnie odwiedziła Polskę, spotkała wiele osób, które miały jakiś związek z warszawskim ZOO (między innym dzieci państwa Żabińskich) lub doświadczenia z czasów II Wojny Światowej, przejrzała wiele dokumentów. Wszystko to wykorzystała w swojej książce.
W rezultacie książka zawiera ogromną ilość informacji, niektóre z nich wcale nie wiążą się z historią ukrywania Żydów w warszawskim ZOO. Nie wszystko układa się w spoistą całość.
Przejrzałem recenzje książki - sporo osób narzeka, że gubią się w natłoku relacji i faktów. Ktoś określił książke jako "choppy" - jak wzburzone morze. Zgadza się, mocno trzęsie w czasie tej lektury.

Uważam, że reżyserka - Niki Caro z Nowej Zelandii - wykazała się doskonałym instynktem. Wybrała tylko jeden, najbardziej przemawiający do wyobrażni, wątek. Powstał zwarty w treści i wymowie film. To jest właściwa droga do serca i umysłu widza. Stwarza szansę, że kogoś zainteresuje ta tematyka, wtedy sięgnie po książkę lub do innych źródeł informacji o tych czasach i miejscach.

Książka podobnie jak film przedstawia Polskę i Polaków w bardzo pozytywnym świetle. To dla mnie ważne, gdyż poparta jest relacjami świadków, w większości Żydów.

Ostatnia uwaga - w filmie bardzo istotną rolę odgrywa dyrektor berlińskiego ZOO - Lutz Heck. Rolę demoniczną. Jak robi się źle, to pojawia się Lutz Heck i robi się jeszcze gorzej.
Tu twórcy filmu mocno pofantazjowali. Widocznie uznali, że publiczność wymaga tego rodzaju mocnych wrażeń.
W rzeczywistości rola  Lutza Hecka ograniczyła się tylko do rabunku zwierząt z warszawskiego ZOO. Autorka zauważa, że ta kradzież miała pewne dobre strony gdyż w ten sposób wiele zwierząt przeżyło bezpiecznie wojnę i po wojnie wróciło do Polski.

Zastanawiam się jakie są granice fantazji twórcy. Według mnie rodzina L. Hecka, jeśli takowa istnieje, miałaby podstawy wytoczyć twórcom filmu proces o zniesławienie przodka.

Sunday, July 9, 2017

Niedzielne czytanie - Kurs miłości

Tytuł książki Allaina de Botton - The Course of Love - można tłumaczyć na kilka sposobów.
Course - może oznaczać zarówno kurs szkoleniowy jak i ścieżkę. A również danie obiadowe.

Z poprzednio przeczytanych książek tego autora (Religion for the Atheists, How to talk more about sex) wiem że lubi udzielać porad o filozoficzno-psychologicznym charakterze. Jednak wszystkie jego książki posiadają żywą narrację, a więc jednak odbywamy z autorem drogę.

W przypadku The Course of Love jest ona bardzo wyraźna. Autor opisuje i komentuje losy dość przypadkowo dobranej pary: Rabih - Libańczyk z mieszanego małżeństwa, który osiedlił się w Szkocji. Kirsten - rodowita Szkotka, której ojciec opuścił rodzinny dom gdy miała 6 lat.

Ponieważ tematem jest miłość więc autor tropi wszelkie jej objawy.
Na wstępie zastrzega, że ma na myśli miłość romantyczną co według mnie jest istotnym ograniczeniem.

Istotą miłości romantycznej jest intuicja. Zauważamy kogoś, zwracamy uwagę na gest lub wyraz twarzy tej osoby. I nagle czujemy wyraźnie, że trafiliśmy na bratnią duszę, na osobę, któraby nas do końca zrozumiała i zaakceptowała.
Od tego zauważenia do spotkania i porozumienia się daleka droga. Wiele takich zauważeń nie ma szansy na ciąg dalszy, ile idea trwa. Wreszcie Rabih trafia na Kirsten - osobę o cechach, które obiecują skorygować jego słabości.  Zauważa również jej kruchość i obawy co dodaje pewności siebie - ona mnie też potrzebuje.

Związek rozwija się. Seks to przekroczenie kolejnego progu wzajemnego zaufania i akceptacji.

Propozycja małżeństwa. Autor słusznie zauważa, że w obecnych czasach, jeśli pominąć względy religijne, małżeństwo nie jest do niczego potrzebne. Dlaczego więc Rabih i Kirsten biorą ślub?
Odpowiedź autora: chęć popełnienia wspólnie szalonego czynu. Wejście na ścieżkę, na której, jeśli się nie uda, oboje zginiemy.
Muszę stwierdzić, że to dramatyczne stwierdzenie mocno mnie zaskoczyło.
Oboje zginą? W sensie romatycznej idei może tak, ale przecież wiele małżeństw rozpada się i obie strony potrafią sobie całkiem dobrze urządzić dalsze życie.
Osobiście brałem ślub w zupełnie innych czasach więc trudno mi coś powiedzieć na ten temat.
Na szczęście autor dyskretnie podpowiada - obawa samotności - a więc nie tylko miłość.

Życie razem. Niespodziewanie pojawiają się nieporozumienia, brak zgody, złość, rozczarowanie. A przecież romantyczna miłość to cudowne obopólne uczucie, że widzimy wszystko tak samo, że nie trzeba niczego uzgadniać, tłumaczyć.
Dąsanie się, zamknięcie się w sobie z własną złością - on/ona powinna sama zrozumieć.
Dziecięce poczucie konieczności bycia zrozumianym bez słów - wewnątrz jestem dzieckiem i w tej chwili potrzebuję  żebyś był(a) moim rodzicem.

Uwaga: fragmenty pisane kursywą to cytaty z książki. Jednak ich dobór to już mój kaprys.

Wierność seksualna. Tutaj autor powołuje się na tradycję religijną przejętą bezdyskusyjnie przez romantyczną miłość.
Jednak wpleciony w opowieść pozamałżeński incydent nie bardzo wpasowuje się w tę zasadę.

Powraca temat nieporozumień, gniew, obwinianie partnera/partnerki o nasze niepowodzenia - poczucie, że osoba której się powierzyliśmy jest odpowiedzialna za wszystko co się nam przytrafiło.
Niesłuszne oskarżenia są wyrazem tego zawierzenia, oddania się w zastaw. Stawiamy takie wymagania naszym partnerom gdyż mamy wiarę, że ktoś kto rozumie naszą ukrytą stronę jest w stanie załatwić wszystkie nasze problemy - jak rodzice dziecku.

Już dwa razy wpomniałem o relacji dziecko - rodzice, a więc pora żeby Rabih i Kirsten mieli własne dziecko.
Rodzicielstwo jest odkryciem, że romantyczna miłość jest tylko wąskim aspektem życia emocjonalnego, ukierunkowanym na znajdowanie miłości raczej niż jej dawanie. Dzieci mogą się okazać nauczycielami nowego rodzaju miłości, w której nie wymaga się wzajemności, a której celem jest wyjście poza siebie dla dobra kogoś innego.

Dzieci uczą nas, że miłość, w swojej czystej formie, jest służbą. Jakże to sprzeczne z obecną, ukierunkowana na zaspokajanie własnych potrzeb, kulturą. Stwierdzamy nagle, że bycie czyimś sługą nie jest poniżające, przeciwnie - uwalnia nas od męczącej odpowiedzialności za ciągłe dbanie o swoje wygody. Co za ulga  żyć dla czegoś ważniejszego niż my sami.

Mijają 3 lata i pojawiają się rozczarowania - dzieci nie spełniają oczekiwań rodziców. I wzajemnie. 
Konkluzja jest dość zaskakująca: gdyby dobroć rodziców wystarczała, rasa ludzka zatrzymałaby się w rozwoju i uschła. Przetrwanie gatunku wymaga aby dzieci miały dosyć własnych rodziców i odeszły z nadzieją znalezienia bardziej zadowalających źródeł miłości i emocji.

Wreszcie, po 16 latach bycia razem, Rabih i Kirsten osiągają dojrzałość, która wydaje się być mieszanką zmęczenia i rezygnacji.
Rabih dochodzi do wniosku, że dopiero teraz jest gotowy do małżeństwa. W samą porę, bo jeszcze wiele lat przed nimi a sił coraz mniej.

Czytając tę książkę nie mogłem oprzeć się pokusie lekkiej modyfikacji tytułu - The curse of love - przekleństwo miłości.

Recenzja książki TUTAJ.

P.S. I jeszcze relacja o miłości, która potwierdza moją uwagę - są różne rodzaje miłości - KLIK.

Wednesday, July 5, 2017

Wielkie Litery w Muzyce

Gdy byłem w szkole średniej nasz, rozmiłowany w muzyce, nauczyciel niemieckiego opowiedział nam taką anegdotę:

Na plakacie w filharmonii w Paryżu ktoś napisał:
Trzy wielkie B - Bach, Beethoven, Berlioz!
Wszyscy inni są kretynami.

Pod spodem ktoś dopisał:
Trzy wielkie M - Mendelssohn, Meyerbeer, Moszkowski!
Wszyscy inni są chrześcijanami.

Przypomniały mi się językowe rozważania o chrześcijaństwie z zeszłego tygodnia.

Nasz nauczyciel był poliglotą i już ciszej, może tylko dla mnie, zaprezentował wersję oryginalną:
Trois grandes B - Bach, Beethoven, Berlioz!
Tous les autres sont des crétins.

Trois grandes M - Mendelssohn, Meyerbeer, Moszkowski!
Tous les autres sont chrétiens.

Było to dla mnie sporym fonetycznym zaskoczeniem.

Sunday, July 2, 2017

Niedzielne czytanie - Chrześcijanie.

Chrześcijanie - skąd ta nazwa?
Coś mi tu chrzęści Janie - że to słowo pochodzi od chrztu i to od chrztu udzielonego przez Jana, Jana Chrzciciela.

Sprawdziłem jak to wygląda w innych językach europejskich.
Grecki -  chrześcijanin = Χριστιανός - kristianos;   chrzest - βάπτισμα - baptisma
Łacina - Kristiana; chrzest - baptismus
Francuski  - chrétien;   chrzest - baptême
Niemiecki - Christian;  chrzest - Taufe
Angielski  - Christian;  chrzest - baptism
Rosyjski  -  Кристиан - kristian;  chrzest - крещение - kreszczenje.

Wikipedia, na przykład angielska, podaje, że słowo Christian oznacza osobę, która "... who follows or adheres to Christianity".
Etymologia: The Greek word Χριστιανός (Christianos), meaning "follower of Christ", comes from Χριστός (Christos), meaning anointed one - namaszczony (pomazaniec).
Wersja polska powtarza to samo choć oko i ucho temu przeczą.

Idąc tym tropem, określenie to w języku polskim powinno brzmieć chrystusowiec.
Chrystusowcy - KLIK - to jednak mogą być członkowie protestanckiego Kościoła Chrystusowego lub członkowie rzymskokatolickiego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej.

Natomiast słowo chrześcijanin bardziej kojarzy mi się z Baptystami a to już osobny, protestancki, ruch religijny.

Moim, niepotwierdzonym nigdzie, zdaniem termin chrześcijaństwo powstał w wyniku ceremonialnego chrztu całego narodu. Narzucona siłą oficjalna ceremonia wyprzedziła dotarcie Ewangelii do serc i rozumów.

Często spotykam się ostatnio ze stwierdzeniem, że polscy chrześcijanie są takimi tylko z nazwy a w praktyce nie naśladują Chrystusa.
A dlaczego mieliby naśladować?
Postępują zgodnie ze swoją nazwą. Wszak na początku było SŁOWO.

P.S. Jeszcze kilka przykładów
Czeski: Chrystus - Kristus; chrześcijanin: křesťan;  chrzest - krest.
To przecież  od Czechów przyszło do nas chrześcijaństwo. Czesi wszystkiemu winni!
Podobnie jest w języku słowackim, chorwackim, ale nie w słoweńskim czy bułgarskim.
Również Węgrzy są nam bratankami w wierze.
Węgierski - Chrystus: Krisztus; chrześcijanin: keresztény;  chrzest - keresztség.